mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: turystycznie

… niestety nie udało nam się zobaczyć, ale Poznań okazał się bardzo przyjaznym miastem. Przyjaznym do tego stopnia, że podzielił się faworkami z biednymi studentami z Warszawy:)

Nie byliśmy tam długo, bo na całe zwiedzanie mieliśmy jakies 2 i pół godziny, ale zdążyliśmy zjeść spagetti po 4 zł za plastikową miseczkę, zdążyliśy obejść Stary Rynek i znaleźć bardzo przyjazną kawiarenkę, w okolicy ulicy Koziej.

Nazwy nie pamiętam. Ale porządnie doładowałam tam węglowodany przed walką, używając do tego tarty z malinami, lodami i bita śmietaną. Mieli tam też inne ciekawe rzeczy, gorące mleko, szeroki wybór czekolady, kawy i herbaty, miodów pitnych a nawet jakieś bardziej wyszukane dania. Bardzo przyjemne wnętrze sprzyjało nawiązywaniu kontaktów. Szczególnie chętnie kontakty nawiązywały z nami dzieci:)

 

* Zdjęcia by maRcin

 

… znalazło się kilka zdjęć. Robione telefonem, więc jakością nie porywają, ale co tam. Widać na nich tłumy.

Widać ludzi upaplanych w glinie …

i widać jak ja sobie robie mój pierwszy glinany garneczek.

W zasadzie to miskę. Ale z miski zrobił się talerzyk.A i talerzyk uległ destrukcji podczas transportu. Ale zdjęcie jest. 

No to wróciliśmy. Z trudem ale jednak. 

Wnioski – są jeszcze na świecie ludzie którym się chce, którzy w to co robią, wkładają całe serce i którzy chcą się dzielić tym co robią, którzy się nie boją otwierać na innych. 

Wszystko dookoła woła tylko i wyłącznie o konsumpcję, reklamy, radio, telewizja, coraz to nowe udogodnienia ułatwiające wykonywanie prostych, codziennych czynności. Pomimo to, ludzie chcą jeszcze coś robić i mają pomysły. Tyle prywatnych inicjatyw co na Woodstocku to chyba nie ma nigdzie. Organizator wkłada dużo wysiłki, żeby nikomu się nie nudziło: duża scena, mała scena, akademia sztuk przepięknych, scena krisznowców, przystanku jezus… no po prostu nie da się wszystkiego zobaczyć. A mimo to, ludzie sami z siebie tworzą własne inicjatywy. Organizuję wielkie marsze tyłem, pułapki na dziewice, zdjęcia z misiem, a nawet mammograf, który męskim głosem nakłaniał do ręcznego badania piersi. Organizacja zbiórek pieniężnych nie zna granic pomysłowości – można zbierać naprawdę na wszystko, wymieniać wszystko na piwo, albo bilet do domu. No po prostu nieograniczona kreatywność. 

Do tego wszystkiego ludzie na prawdę się dzielą, głównie piwem i fajkami, ale nie tylko. Kanapką też jak trzeba. Wszystkim. Nikt się nie boi, zapytać o pomoc, nikt się nie boi pomagać. 

Nie tylko pokojowy patrol i służba medyczna dba o bezpieczeństwo. Często przechodnie sprawdzają, czy aby osoba, która leży gdzieś przy drodze, zasnęła tylko z, nazwijmy to „zmęczenia”, czy przypadkiem nie zasłabła. Ludzie słuchają Jurka i dbają o siebie nawzajem. Nawet pod samą sceną, gdzie zdawałoby się nikt na nic nie patrzy, wszystkich tylko rozpiera energia, wystarczy, żeby ktoś się potkną, a już pięć osób pomaga mu wstać. Na koncercie „Dżemu,” jak ktoś zasłabł pod sceną, to nikt po nim nie skakał, zaraz wszyscy się cofnęli, zawiadomiono służby medyczne, wpadły służby ze swoim pojazdem i zabrały poszkodowaną osobę. Ktoś by mógł powiedzieć, że niemożliwe, w takiej zbitej masie osób. A jednak. Ludzie dbają o siebie nawzajem. 

Oczywiście, w takiej kupie ludzi(wg organizatorów przyjechało 400 tysięcy osób, co jest bardzo prawdopodobne, namioty były wszędzie. W porównaniu z Przystankiem sprzed dwóch lat, mam wrażenie, że tym razem było 2 razy tyle osób), znajdą się i tacy którzy wepchną się w kolejkę, po chamsku, właściwie bez pytania, zabiorą ci z ręki wodę, którą niosłeś 4 kilometry z Lidla, mówiąc, że „Chcą się napić” i wyleją sobie litr na głowę, albo tacy co wyniosą ci z namiotu pięć puszek piwa razem z plecakiem(dobrze, że wpadliśmy na pomysł wyjęcia ważniejszych rzeczy z plecaka i rozrzucenia ich po namiocie), ale mimo wszystko zostawią ci jedno piwo na kaca. No cóż, ludzie są różni, ale śmiem twierdzić, że na Woodstocku więcej jest tych wartych poznania. 

Dobra, żeby nie było za pięknie, powiem jeszcze, że na koniec pogoda się popsuła. Deszcz spadł, jak nasz namiot był już złożony. Prawie wszystko nam przemokło, potem trzeba było w tych mokrych butach i z mokrymi plecakami iść jakieś 4 km na PKP, wepchnąć się na pociąg(byliśmy na peronie 40 minut przed planowanym pociągiem, jakbyśmy byli 5 minut później, to pewnie byśmy nie weszli, od momentu podstawienia pociągu do momentu całkowitego jego wypełnienia nie minęło więcej niż 5 minut.) a potem w jednej pozycji, bez możliwości wyprostowania którejkolwiek z nóg, jechać 7 godzin w mokrych butach, na mokrym śpiworze, przy drzwiach, gdzie trochę wiało. Dobrze, że mi się chociaż siku nie chciało, bo dojście do WC było co najmniej niemożliwe. A i tak nie mieliśmy najgorzej, bo byli tacy co stali. 
A jak już dojechaliśmy do Warszawy wschodniej, to się okazało, że burza popsuła coś na torach i wszystkie pociągi były opóźnione i na PKPie spędziliśmy prawie 2 godziny. 

Mimo wszystko było warto. Tylko zdjęć nie ma, bo nie wzięłiśmy aparatu. 

Dużo ostatnio nie piszę, nie ukrywam. I nawet pewnie byłoby o czym, tylko czasu jak na lekarstwo. Może by tak zarzucić spanie? Zawsze to te kilka godzin więcej, prawda? 

No w każdym bądź razie, dzisiaj piszę. A piszę, bom się zbulwersowała. Czym? A Pałacem Wilanowskim. To znaczy sam pałac jest całkiem sympatyczny, stoi sobie od tego XVII wieku i na razie raczej nie zamierza się rozpadać. Ale może nie wszyscy wiedzą, że w Pałacu w Wilanowie jest muzeum. Wiem, wiem, to też samo w sobie nie jest faktem bulwersującym.

Normalny(nie ulgowy) bilet to Muzeum kosztował nas 16 zł za osobę. Jak na polskie realia – wcale nie tak mało, więc oczekiwaliśmy czegoś ciekawego. I od tych oczekiwań, związanych poniekąd z ceną biletu, zaczęło się nasze rozczarowanie. Wpuszczono nas do pałacu, kazano się rozebrać, trzy razy powiedziano, że nie można nam robi ŻADNYCH zdjęć i poszliśmy zwiedzać. Idziemy, idziemy, tu jakiś obrazek, tu jakaś figurka, a tu jakaś tabliczka oznaczona „Audioguide 1″, no ale my audioguida nie mamy, bo to by nas kosztowało dodatkowe 10 zł do biletu. Rozglądamy się więc, rozglądamy… no bo skoro audioguide ma coś do powiedzenia, znaczy coś ważnego gdzieś tu jest… Tu jakieś schody, tu jakiś obrazek, tu drugi, tu firanka… I weź tu człowieku bądź mądry i zgadnij, o co właściwie chodzi. Sobieski tu całował Marysieńkę? Czy może któryś z obrazuw wyszedł spod ręki Leonarda? Poza tabliczką sygnalizującą konieczność odsłuchania przewodnika, nie ma nic co by dawało choćby strzępek informacji, obrazy nie podpisane – i nie mówię tu o jakimś szczegółowym opisie, chociaż skoro to takie ważne miejsce, to pewnie by nie zaszkodził, ale może chociaż autor, albo tytuł. A tu nic, zero. Jak nie chciało ci się dopłacać 10 zł za audioguida to teraz możesz jedynie zgadywać. I tak w całym muzeum. Jedyne informacje jakie można było przeczytać, dotyczyły przedmiotów, w których renowację Muzeum włożyło dużo wysiłków i pieniędzy. I nawet przy takich obiektach, informacja dotyczyła głównie przebiegu renowacji. 
W dodatku, do większości pomieszczeń nie można wchodzić, ustawioną w środku ekspozycje, odgradzają sznureczki. No niby można by to zrozumieć, może to te najcenniejsze eksponaty, może byśmy my(zwiedzający) coś poniszczyli, no nie wiem – niechcący, albo od patrzenia. Ale ekspozycje są tak skomponowane, że połowy rzeczy nie widać. Nie widać obrazów, które są popowieszane na tej samej ścianie co drzwi, nie widać pochowanych w kontach szafek i zegarów, czasami tylko widać gdzieś w głębi jakieś pomieszczenie, z którego tylko złocone poręcze wystają, nic innego nie widać. 
Co więcej, obsługa muzeum, głównie panie (ale nie tylko), pamiętające jeszcze… no dobra, chciałam napisać budowę pałacu, ale to by już była przesada. W każdym razie panie (i panowie) sprawiali wrażenie jakby fachu uczyli się za czasów komuny(ostatnio dużo się mówi o obaleniu tegoż systemu). Zajmowali się gównie posępnym siedzeniem, obserwowaniem zwiedzających z poważną i skupioną miną, oraz zrywaniem się co chwila z kwestią – „Nie dotykać!,” „Nie opierać się!,” „Nie ruszać!” Naprawdę strach było o coś zapytać. Udało nam się porozmawiać jedynie z dwoma paniami, z jedną przy barokowych portretach trumiennych i z drugą przy haftach krzyżykowych. Kropla w morzu potrzeb.
W końcu dołączyliśmy się do jakiejś zorganizowanej grupy z przewodnikiem. Dzięki temu przynajmniej dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w sypialni Marysieńki czy Sobieskiego. Ale niewiele więcej. Bo pani przewodnik wygłaszała kwestie z rodzaju: „Tu jest waży obraz tego i tego artysty, a tu istotna rzeźba.” A do tego to by wystarczyła tabliczka. Ale oczywiście tabliczki nie ma. Więc co mają zrobić ci, którym nie uda się dołączyć do wycieczki?

Podsumowując – NIE, NIE i jeszcze raz NIE dla takiej organizacji muzeów. 

A swoją drogą, to co to za moda z tym nierobieniem zdjęć. Ja rozumiem, że są przedmioty, typu obrazy, gobeliny, płótna, którym szkodzi lampa błyskowa, i światło… ale komu szkodzi kilka klapnięć migawki? Ehh… Ja nie wiem… Nawet w Muzeach Watykańskich można było robić zdjęcia, no ale widocznie w Wilanowie są cenniejsze zbiory, tylko my nie możemy tego ocenić – no bo niby jak? Chyba tylko z audioguida. 

 

A to ja wczoraj:

… czyli z serii – „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.” Wrócilimśy z Londynu. Wycieczkę na pewno trzeba zaliczyć do udanych. Chociaż jak to zwykle bywa nie obyło się bez małych niedogodności. Na przykład, ze względu na to, że w Londynie nie padało kilka dni przed naszym przyjazdem, w powietrzu pełno było wszelkiego gatunku kurzów, pyłków i kawałków roślin. I pierwsze dwa dni upłynęły nam na wydłubywaniu wyżej wymienionych z oczy. Ale w końcu spadł deszcz i wszystko się unormowało:) Poza pyłkami mieliśmy również nieudaną próbę zobaczenia British Music Experience na Arenie O2. Jak już z trudem, po długim spacerze, udało nam się tam dotrzeć z Obserwatorium, okazało się, że akurat tego dnia zamiast wystawy jest jakiś Special Event, i nie wpuszczają nikogo. Na szczęście do przystanku autobusowego były już tylko dwa kroki, bo więcej nie dalibyśmy rady przejść. Zaoszczędzone na biletach z wystawy pieniądze wydaliśmy na kolacje w chińskiej knajpie, na King’s Cross. Niestety kolacja okazała się niejadalna, makaron z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym pachniał tylko i wyłącznie octem, co w zasadzie uniemożliwiało konsumpcje. 

Ale to tylko takie małe minusiki. Bo tak na prawdę to warto było jechać. Zobaczyliśmy co mieliśmy zobaczyć, kilka muzeów(Victoria and Albert Museum, Natural History Museum, Science Museum, Meritime Museum) gdzie oczywiście najbardziej wciągały nas wystawy interaktywne przeznaczone dla dzieci od lat trzech. Do tego bezwzględnie Madame Tussauds, bilety co prawda horrendalnie drogie (22,50 funta za osobę), ale ile zdjęć ze znanymi osobistościami. Szkoda tylko, że światło nie za ciekawe, a lampa błyskowa od wosku odbija się w bardzo plastikowy sposób, i ze zdjęciami trzeba było strasznie kombinować. Ale co tam. Jakby ktoś się wybierał do Londynu to polecam. Szczególnie „Scream – One way out.” Mało brakowało, a zostawiłabym wśród tych kryminalistów zaślepkę do obiektywu, bo chyba ze strachu zemdlała i upadła na ziemie. Na szczęście szybko ją wymacałam, bo na dłuższe szukanie chyba nie miałabym odwagi. Te światło w oczy, ci wyskakujący zza rogów złoczyńcy z porozcinanymi twarzami, ci szaleńcy za kratami…brrrrrrr. Fajnie było. 

Oczywiście nie obyło się bez standardów: Big Ben, Opactwo Westmisterskie, Tower of London, Tower Bridge, spacer po Oxford Street, południk 0 stopni. A do tego wszystkie możliwe lokalizacje muzyczno-okładkowe – „Abbey Road” Beatlesów i „Animals” Pink Floydów.

Jeśli chodzi o hostel (polecam), to trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. Wpadliśmy akurat na wymianę łóżek i dostaliśmy zniżkę, za zamieszanie. Co prawda, początkowo mieliśmy spać w pokoju z dwunastoma łóżkami, a ostatecznie po zmianie, łóżek okazało się być 17, ale czy to aż taka duża róźnica? Chyba nie. I tak pierwszej nocy prawie w ogóle nie spalimśy, bo się okazało, że trafiliśmy na darmowe piwo i dzięki temu chyba zrobiła się luźna i wiążąca atmosfera w pokoju socjalno-jadalnym. Marcin jak zwykle znalazł gdzieś Playstation i chętnych do gry i już nie było siły, żeby go oderwać. A od rana zwiedzanie, napięty harmonogram i nie ma wylegiwania się do południa. 

Podsumowując, jak tylko wygoją mi się odciski, pozostaną same miłe wspomnienia. Pora planować kolejną wycieczkę. Ciekawe czy uda nam się spakować:)

Plener cz.2

Po śniadaniu i przerwie na fajka ruszyliśmy dalej. Naszym celem była Valentia i jej przepiękne klify, tak zachwalane przez djr. Z dotarciem nie było problemu, zajęło nam to tylko jedną przerwę na fajka i jedną na stację benzynową. 

Widoki rzeczywiście były przepiękne.

Ale chłopakom, chyba bardziej od widoków, spodobało się rycie ziemi przy użyciu samochodu w kolorze granatowym (zgadza się, nie mam zielonego pojęcia o samochodach).

Poza sesją samochodową, była również sesja polegająca bardziej na zaplątywaniu jednego uczestnika o drugiego uczestnika. I na odwrót.

Oraz planowana od dnia pierwszego „Fotoewolucja”. 

Były też portrety.

W drodze powrotnej, jako że zrobiła się nam już pora obiadowa, zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej tablicy z napisem „Kawa” i „Lunch” i złożyliśmy zamówienie. Niestety było to chyba największe zamówienie w historii tej kawiarni. I panie kelnerki trochę się pogubiły. Ale tylko trochę, bo jak się wszystkie trzy zebrały i skoncentrowały to udało im się mniej więcej rozwiązać ten węzeł gordyjski. Nawet pomimo wczesnej pory, którą się wcześniej tłumaczyły.

Po obiedzie, wybrzeżem zmierzaliśmy już do domu. Podziwiając widoki, starając się nie zasnąć i od czasu do czasu stając na przerwy fajkowo-zdjęciowe. 

Około godziny czwartej czy piątej, zdecydowaliśmy już zmierzać prosto w kierunku na Dublin. I znów okazało się, że „Rally Of The Lakes” tylko czekał na naszą decyzję i od razu, bez uprzedzenia wlazł nam na trasę. Coś mi się wydaje, że bardzo chciał, żebyśmy go sfotografowali. My jednak nie daliśmy się zastraszyć, twardo ominęliśmy go bokiem i wróciliśmy do domu. 
A dalej to już tylko odsypianie.

Data: 02/03 mają 2009
Miejsce przeznaczenia: Pierścień Kerry – szlak turystyczny w hrabstwie Kerry w południowo-zachodniej Irlandii biegnący dookoła półwyspu Iveragh na zachodnim brzegu Irlandii, długość ok. 180 km (za Wikipedią).

Zaczęliśmy zgodnie z planem, około godziny 4.00 na stacji benzynowej Apple Green przy Naas Road. Już po trzech przerwach na fajka, jednej na zakupy i około pięciu ulewach dotarliśmy na miejsce. 

Rozlokowaliśmy się w pokojach i wzięliśmy się za grilla. Konkretnie to panowie się wzięli za skręcanie, rozkręcanie i ponowne skręcanie grilla i w końcu się udało. Udało się też rozpalić i spopielić kiełbaski. Udało się nam również zrobić bałagan i uniknąć spotkania z bykiem, oraz nakarmić psa. A dodatkowo udało nam się doprowadzić gospodarzy do stanu w którym chcieli już dzwonić na policję. Na szczęście obeszło się bez mundurowych. Zapewne dla tego, że była już godzina druga, a my mieliśmy w planach wstać o piątej. A może dlatego, że zaczęliśmy przymarzać.

zdjęcie by maRcin

Była więc najwyższa pora, żeby pójść do łóżka.

Niestety, o ile bardzo łatwo jest zapewniać o gotowości wstania ciut świt po kilku piwach, o tyle trudno zapewnienia spełnić, gdy to piwo zaczyna wietrzeć z głowy. Jak się okazuje najtrudniej jest wstać rano, tym którzy sami zaproponowali zdjęcia przed wschodem słońca. Tak więc czekając na admina fotografowaliśmy wschód z podwórka przed domem.

Ale już o 6:30 byliśmy na szlaku. Światło mieliśmy świetne. Pogodę też. Poza tym, że było zimno, ale w zasadzie czego można się spodziewać o takiej porze. Jeździliśmy więc po Gap of Dunloe od czasu do czasu zatrzymując się na zdjęcia.

 

Raz nawet zatrzymaliśmy się na trochę dłużej, bo jednemu z samochodów nie odpowiadała wyznaczona trasa i same z siebie nie chciał pojechać dalej. Na szczęście po zastosowaniu odpowiednich środków nacisku ruszyliśmy dalej. 

Wszystko było ładnie pięknie, dopóki nie zetknęliśmy się z „Rally Of The Lakes.” Okazało się, że wyścig bezczelnie wcisnął się na naszą trasę i zablokował przejazd.

Były już pewne obawy, że będziemy musieli poczekać aż wyścig przejedzie, dlatego też wszyscy głodni(bo jeszcze przed śniadaniem) rzucili się na jedyne dostępne kanapki z przydrożnej budki na kółkach.

Jeśli ktoś wie, dlaczego ta kiełbaska ma taki kolor, proszę, niech nie mówi. 

Najedzeni kierowcy mieli chyba więcej siły, bo udało nam się przecisnąć pomiędzy rzędami samochodów i wrócić do domu tą samą drogą.

A tu już czekało nas spóźnione śniadanie. 

No i mnie natchnęło, czy tam natchło, jak kto woli. Siedziałam sobie dzisiaj i czytałam świeży numer National Geographic. Dokładnie artykuł o małym mamucie, którego ktoś znalazł w śniegu. No i się wypowiadała panie z Natural History Museum w Londynie. I tak sobie pomyślałam, że bardzo chętnie odwiedziłabym jeszcze raz to muzeum. Może na trochę dłużej, bo jak byłam wcześniej to wszystko tak na szybka, na łapu capu było. Poza tym to było dawno, dawno temu, a ja miałam odciski od trampek i musiałam w mamy klapkach pomykać po stolicy mody:) Ale było mineło. W każdym razie jak sobie przyopomniałam muzeum, to od razu do internetu, sprawdzić ile bilety do Londynu. No i niespodzianka, bo bilety po 0.00 euro. Czyż to nie jest przeznaczenie? Tak więc zakupiliśmy bilety i jeszcze przed powrotem na ziemię ojczysta zamierzamy pozwiedzać sobie Wyspy. Hiphiphura:) Dopiero po kupieniu biletów zaczęłam sprawdzać jakie sa ceny wejściówek w Londku, no i tu niestey się okazuje, że nie niskie. Ale cóż. Jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć i B, prawda? W każdym razie Natural History Museum jest za Free. A i funt w sumie nie taki drogi, prawda? :) Może dobrze, że nie sprawdziłam, bo jeszcze byśmy się nie zdecydowali? A tak to już się nie wycofamy, bo w tanich liniach nie chca zwracać, za bilety:) 

No więc właśnie. W sobotę byliśmy na ślubie. 

W związek małżeński wstąpili Florence Balcombe oraz Bram Stoker. A data? 04/12/1878

A wszystko to z okazji akcji, która się aktualnie odbywa w Dublinie pod hasłem „Jedno miasto. Jedna książka”. I w tym roku padło na „Drakulę”.  I w związku z tym całe miasto czyta o wampirach. To znaczy teoretycznie powinno. A do tego pełny program -  przedstawienia, wykłady, wycieczki z przewodnikiem, warsztaty artystyczne dla dzieci itp. 

Nawet książki rozdają. Dostaliśmy z Marcinem dwie.

O! A tu zdjęcie z uroczystości:

Zdjęcie by maRcin

A więcej jak zwykle tu.

… czyli Święty Patryk, patron Irlandii. Z okazji jego imienin cała Irlandia miała we wtorek wolne. A do tego, w każdym większym mieście tradycyjnie przez centrum przeszła wielka parada pozdrawiając tłumy widów. A tłumy były straszne. Już samo to, że nie udało nam się dojechać autobusem do centrum, o czymś świadczy. Autobusy były tak pełne, że się nie zatrzymywały. Ale to nas bynajmniej nie zniechęciło – pogoda była iście spacerowa, więc zrobiliśmy sobie spacer:)

A tu kilka zdjęć

Przegląd zespołów bębniąco-dętych.

 

I jeszcze trochę kolorków:

 

I my, w wersji świętopatrykowej.

 

 

Zdjęcia by MaRcin (poza tym na którym sam się znalazł)

 


  • RSS