mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: kulinarnie

… i ciąg dalszy albumu oczywiście. 

Tradycyjnie zaczynę od albumu: 

Z jednej strony fontanny (pierwsza pod schodami hiszpańskimi, druga pod Panteonem), z drugiej – ślub, czyli główny punkty wycieczki:)

 

 

 

A pod spodem przyjęcie:

 

I na razie może wystarczy. Niniejszym, skończyły się strony malowane, kolejne będą… ale o tym – w następnym odcinku:)

Sprawa druga – torebka. A właściwie głupota ludzka i chciwość. Wyobraźcie sobie: Wracam w czwartek spokojnie do domu. Zmęczona i zmachana po ośmiu godzinach pracy, godzinie na siłowni i pół godzinie czekania na autobus. Idę sobie spokojnie. Torebka w prawej ręce, duża (siłowniowa) torba na plecach. Słucham sobie muzyki na jedno ucho(bo mi się druga słuchawka popsuła)… Aż tu nagle ktoś mi próbuje wyrwać rękę ze stawu. Ktoś sobie najzwyczajniej w świecie, z rozbiegu złapał za moją torebkę i biegnie dalej. Szczęście w nieszczęściu, ciepło było i nie miałam rękawiczek. Bo jakbym miała to pewnie by mi się rączki torebki wyśliznęły. I nie wiem czy bym go dogoniła z tą drugą torbą na plecach. Ale rękawiczek nie miałam, więc „młodzieniec”(chłopak myślę miał koło 20u lat) poszarpał trochę, poszarpał i pobiegła dalej. A ja zostałam z torebką. Trochę czasu minęło zanim w ogóle do mnie dotarło co właściwie miało miejsce. A potem zaczęłam się śmiać. Bo naprawdę by się chłopak obłowił – w torebce miałam stary telefon(Nokia przejechana przez samochód) i 3 euro w portfelu. Najcenniejsza z tego wszystkiego była torebka. Chociaż z drugiej strony miałabym później chodzenia, załatwiania nowego dowodu, karty bankomatowej, karty do fitness clubu, etc. Zamiast tego – boli mnie ręka. Musiał naprawdę porządnie szarpnąć, bo mam naciągnięte mięśnie przy łokciu. A że praworęczna jestem, to trochę mi przeszkadza. Z drugiej strony jak posłuchałam w pracy jakie mogą być skutki takiego wyrywania torebki, to i tak u mnie obeszło się małym kosztem. Bo, tak naprawdę, to można nawet bark czy łokieć wybić.

A na dokładkę – moje pierwsze w życiu pączki. Nie do końca wyszły takie jak powinny, bo kilka się w środku nie dopiekło. Nie wiem, czy to wina rozmiaru, czy może to końcowe pączki w serii były i olej był już za gorący. W każdym razie, jak tylko zauważyliśmy z Marcinem, że są trochę surowe, wstawiliśmy je jeszcze do piekarnika na kilka minut. I już później nikt niespodzianek nie znalazł.

Tak czy siak – pierwsze pączki za płoty:)

 

 

Przepis:

Składniki

300 g mąki

15 g suszonych drożdży

100 ml ciepłego mleka

50 ml ciepłej wody

2 łyżki cukru

40 g masła

rum(polany od serca)

cukier puder do posypania

olej do smażenia


Przygotowanie:

Mąkę wymieszałam z drożdżami w dużej misce. Mleko, wodę i rum też wymieszałam. Powoli wlałam do mąki, po drodze mieszając. Zatrudniłam męża żeby dalej mieszał, aż ciasto zrobi się gładkie i błyszczące. Po drodze można dodać trochę mąki, jakby ciasto wyszło za rzadkie. Wymieszane ciasto trzeba zostawić do wyrośnięta. Powinno, mniej więcej, podwoić swoją objętość. 

Potem wyjmujemy ciasto na stolnice, dobrze wcześniej posypaną mąką, i rozwałkowujemy(chociaż ja z braku wałka po prostu rozgniotłam, rozpłaszczyłam i ponaciągałam) na placek grubości około 1 cm. Z takiego placka wycinamy szklanką krążki. I znów trzeba dać im trochę czasu – niech podrosną. A jak podrosną, to wrzucamy na gorący olej. Smażyć trzeba z obu stron, aż zrobią się brązowiutkie. Obtaczamy w cukrze pudrze, albo w czym tam kto lubi. I zajadamy.

Smacznego.

 

 

.. na szczęście już się skończyły. Miejmy nadzieję, że ze sklepów czym prędzej poznikają czerwono-różowo-serduszkowo-kwiatkowe-misiowe wystawy oraz specjalne oferty na czekoladki i pluszowe misie z serduszkiem w dłoni. Pewnie zaraz zastąpią je jajka i króliczki, ale cóż – widocznie sklepy nie znoszą pustki. 

W każdym razie, pomimo że Walentynek nie obchodzę, jakoś w tym roku naszło mnie na serduszkowy akcent. Wczoraj pół dnia spędziłam w kuchni, wałkując i zawijając ciasto. Była to moja pierwsza próba jeśli chodzi o ciasto francuskie. I z całą stanowczością muszę stwierdzić, iż moje przekonanie o trudności wykonania ciasta francuskiego okazało się całkowicie błędne. Ciasto francuskie jest proste. Tylko praco- i czasochłonne. Ale jak to mówią, raz się żyje. 

Efekt możecie ocenić sami. 

 

 

 

Teraz tylko pytanie – kto to wszystko zje? Bo jak powszechnie wiadomo, ja od piątego roku życia jestem na ścisłej diecie(która swoją drogą wcale nie przeszkodziła mi wczoraj we wchłonięciu kilku(nastu) sztuk), a Marcinowi jakoś nigdy nie po drodze do talerza. Hm. Może zacznę mu rozstawiać po całym domu talerzyki z ciastkami? Tylko wtedy skończy się pewnie na tym, że mi się zrobi szkoda tych samotnych i niechcianych ciasteczek i sama je przygarnę. No nic. Jakoś to będzie. 

A może ktoś ma ochotę na kawę i ciastko?

A tu przepis:

Składniki:

100 ml wody

pół łyżeczki soli

pół łyżeczki cukru

200 g mąki

250 g masła(ja z racji tego, że irlandzkie masło jest solone nie dodałam już soli)

Wodę podgrzałam trochę, rozpuściłam w niej cukier(powinno się też rozpuścić sól), 40 g masła rozpuściłam w mikrofali, i to wszystko wymieszałam z mąką. Zagniotłam ciasto i do lodówki na co najmniej godzinę. 

Resztę masła(w temperaturze pokojowej), trzeba owinąć w dwa kawałki foli, rozwałkować i też na godzinę do lodówki. 

Po godzinie trzeba rozwałkować ciasto na sporej wielkości prostką(mój miał jakieś pół centymetra grubości). Teraz na środku kładziemy wcześniej rozwałkowane masło i owijamy je szczelnie ciastem, tak żeby masło nigdzie nie wystawało. I wałkujemy. Wałkujemy na prostokąt. Po rozwałkowaniu składamy ten prostokąt na trzy, tzn. odmierzamy gdzie jest mniej więcej jedna trzecia długości ciasta z lewej strony, i w tym miejscu składamy ciasto do środka, po prawej stronie powinno nam zostać tyle samo ciasta, więc to ciasto też zakładamy do środka. I takie origami znów wkładamy na godzinkę do lodówki. Po godzinie wyjmujemy i znów pod wałek. Znowu trzeba zrobić z ciasta prostokąt i zawinąć jak poprzednio. I do lodówki na godzinę. I tak 5-6 razy, wałkowanie – lodówka, wałkowanie – lodówka… Pamiętać tylko trzeba, żeby ciasto wałkować w jednym kierunku, a nie na wszystkie możliwe strony. Po ostatnim rozwałkowaniu wycinamy pożądane kształty, posypujemy wszystko cukrem i do piekarnika na 15 minut w 200 stopniach.

I to tyle. Prawda że proste?:)

 

czyli jak zwykle z opóźnieniem. Brak mi jednak weny do pisania. 

Za to mam wenę do pieczenia. Wczoraj piekłam chałkę i biscotti di prato, czyli po naszemu herbatniki z łąki(chyba). Chałka niestety wyszła z zakalcem. Ale jak się ostatnio dowiedziłam, to nic dziwnego, bo ponoć jak ma się okres to się piec nie powinno, bo zawsze z zakalcem wyjdzie. Zwalam więc na to, nie ma w tym mojej winy. Chociaż nigdy wcześniej nie miałam takich problemów. 

Biscotti wyszły za to pyszniutkie(tylko chyba za dużo, bo nie wiem kto to zje) i bezzakalcowe. Może uda mi się później zdjęcia pokazać. 

Hmm… Może ten okres to tylko drożdżowemu ciastu przeszkadza? Ktoś coś wie więcej na ten temat?:)

 

A teraz żeby nie było, że tytuł posta całkiem nie adekwatny do zawartości, zdjecia kartek zrobionych na dzien babci. Kartki sa malowane akwarelami, ramka z błyszczącej foli samoprzylepnej(kupionej w Tesco w promocyjnej cenie 50c). Koperty do kartek też sama robiłam, bo kartki wyszły w niestandardowym rozmiarze.                             

Do swiat coraz blizej, a ja jak zwykle naplanowałam sobie na święta narobić niewiadomo co. I tak siedze i robie, biegam a to do pasmanterii a to do sklepu z farbami, albo do Tesco i nawet nie mam kiedy pokazać co powstaje. Na szczęście powol, powoli udaje mi sie wszystko (większość) opanować i już widać koniec robótek przedświątecznych. Mam więc chwilę, żeby zrobić zdjecia. Jak na złość, jak ja mam chwile, to słońce jest zajęte i w domu szaro i ciemno. Tak więc póki co – twórczość kulinarna sprzed kilku dni – PIERNICZKI.

(Uprzedzam, że to jedna z pierwszych moich obróbek „fotoszopowych” i proszę o wyrozumiałość:) )

                        

 

I żeby nie było, sama nie narobiłam takiego bałaganu – Marcin mi dzielnie pomagał:)


  • RSS