mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: ja

Kilka zdjęć z sobotniej nocy. Nie do końca Tea Party, bo w imbryczku mieliśmy coś innego:)

Kilka słów na temat mojej walki.

Walka była wyrónana. Wbrew opiniom kilku osób, nie sądzę, żebym ją przegrała. Do niepodważalnego zwycięstwa w pierwszej rundzie(duszenie) zabrakło mi jednak trochę siły, co później zaowocowało słabszą kondycją. Mogłabym się tłumaczyć, że ostatnią walkę miałam ponad 2 lata temu, że o tej dowiedziałam się 3 tygodnie przed walką, że w trybie przygotowań porządnie zbiłam piszczel(dopiero dzisiaj idę na trening, a piszczel w dalszym ciągu piecze i nie pozwala się dotykać), że dopiero przed walką dowiedziałam się, że nie będę mogła używać kolan, na których w większej części opierała się moja strategia, i pewnie jeszcze na kilka innych sposobów mogłabym się tłumaczyć. Ale nie będę. Walka była wyrównana, sędziowie zadecydowali o moim zwycięstwie. 
Może jestem nieobiektywna, ale nie widze większej przewagi mojej przeciwniczki jeśli chodzi o wymianę ciosów i kopnięć. Nieobiektywnie też powiem, że większej siły ciosów i kopnięć też nie doświadczyłam. Nie mówię, tutaj że ja mam jakiś super silny cios, bo nie mam, ale jeśli chodzi o kopnięcia, to muszę przyznać, że dopiero po obejżeniu walki uświadomiłam sobie że moja przeciwniczka kopała coś poza frontami. Z drugiej strony na pewno wiem, że 2 razy dała sobie założyć gilotynę, i mogło się to skończyć w pierwszej rundzie. Tak, wiem – nie skończyło się, ale zawsze to przewaga po mojej stronie.
Tak czy siak – walka była wyrównana. Każdy może mieć swoja opinię co do wyniku. Być może będzie rewanż i wtedy udowodnię, że decyzja sędziów była słuszna.
A oto i walka:

Kilka rzezczy z których bym się ucieszyła:

Dzisaj się dowiedziałam, że będę historyczna:)

WALKA KOBIET W MMA

 

 

 

 

Brak komentarzy

Remont pokazuje nam już łaskawie swój koniec. Mam nadzieję, że do końca następnego tygodnia uda nam się przeprowadzić większość prac. O ile znajdziemy dywan do pokoju. Szukamy najzwyklejszego fioletowego, bez szlaczków. Wymiary 2,8×2,6m. Jakby ktoś wiedział gdzie coś takiego znaleść to niech da znać.

 

A tu tak całkiem z innej beczki – trochę zdjęć z Londynu. Powoli nadganiam i segreguje to co od maja zalega na dysku. 

 

… znalazło się kilka zdjęć. Robione telefonem, więc jakością nie porywają, ale co tam. Widać na nich tłumy.

Widać ludzi upaplanych w glinie …

i widać jak ja sobie robie mój pierwszy glinany garneczek.

W zasadzie to miskę. Ale z miski zrobił się talerzyk.A i talerzyk uległ destrukcji podczas transportu. Ale zdjęcie jest. 

No to wróciliśmy. Z trudem ale jednak. 

Wnioski – są jeszcze na świecie ludzie którym się chce, którzy w to co robią, wkładają całe serce i którzy chcą się dzielić tym co robią, którzy się nie boją otwierać na innych. 

Wszystko dookoła woła tylko i wyłącznie o konsumpcję, reklamy, radio, telewizja, coraz to nowe udogodnienia ułatwiające wykonywanie prostych, codziennych czynności. Pomimo to, ludzie chcą jeszcze coś robić i mają pomysły. Tyle prywatnych inicjatyw co na Woodstocku to chyba nie ma nigdzie. Organizator wkłada dużo wysiłki, żeby nikomu się nie nudziło: duża scena, mała scena, akademia sztuk przepięknych, scena krisznowców, przystanku jezus… no po prostu nie da się wszystkiego zobaczyć. A mimo to, ludzie sami z siebie tworzą własne inicjatywy. Organizuję wielkie marsze tyłem, pułapki na dziewice, zdjęcia z misiem, a nawet mammograf, który męskim głosem nakłaniał do ręcznego badania piersi. Organizacja zbiórek pieniężnych nie zna granic pomysłowości – można zbierać naprawdę na wszystko, wymieniać wszystko na piwo, albo bilet do domu. No po prostu nieograniczona kreatywność. 

Do tego wszystkiego ludzie na prawdę się dzielą, głównie piwem i fajkami, ale nie tylko. Kanapką też jak trzeba. Wszystkim. Nikt się nie boi, zapytać o pomoc, nikt się nie boi pomagać. 

Nie tylko pokojowy patrol i służba medyczna dba o bezpieczeństwo. Często przechodnie sprawdzają, czy aby osoba, która leży gdzieś przy drodze, zasnęła tylko z, nazwijmy to „zmęczenia”, czy przypadkiem nie zasłabła. Ludzie słuchają Jurka i dbają o siebie nawzajem. Nawet pod samą sceną, gdzie zdawałoby się nikt na nic nie patrzy, wszystkich tylko rozpiera energia, wystarczy, żeby ktoś się potkną, a już pięć osób pomaga mu wstać. Na koncercie „Dżemu,” jak ktoś zasłabł pod sceną, to nikt po nim nie skakał, zaraz wszyscy się cofnęli, zawiadomiono służby medyczne, wpadły służby ze swoim pojazdem i zabrały poszkodowaną osobę. Ktoś by mógł powiedzieć, że niemożliwe, w takiej zbitej masie osób. A jednak. Ludzie dbają o siebie nawzajem. 

Oczywiście, w takiej kupie ludzi(wg organizatorów przyjechało 400 tysięcy osób, co jest bardzo prawdopodobne, namioty były wszędzie. W porównaniu z Przystankiem sprzed dwóch lat, mam wrażenie, że tym razem było 2 razy tyle osób), znajdą się i tacy którzy wepchną się w kolejkę, po chamsku, właściwie bez pytania, zabiorą ci z ręki wodę, którą niosłeś 4 kilometry z Lidla, mówiąc, że „Chcą się napić” i wyleją sobie litr na głowę, albo tacy co wyniosą ci z namiotu pięć puszek piwa razem z plecakiem(dobrze, że wpadliśmy na pomysł wyjęcia ważniejszych rzeczy z plecaka i rozrzucenia ich po namiocie), ale mimo wszystko zostawią ci jedno piwo na kaca. No cóż, ludzie są różni, ale śmiem twierdzić, że na Woodstocku więcej jest tych wartych poznania. 

Dobra, żeby nie było za pięknie, powiem jeszcze, że na koniec pogoda się popsuła. Deszcz spadł, jak nasz namiot był już złożony. Prawie wszystko nam przemokło, potem trzeba było w tych mokrych butach i z mokrymi plecakami iść jakieś 4 km na PKP, wepchnąć się na pociąg(byliśmy na peronie 40 minut przed planowanym pociągiem, jakbyśmy byli 5 minut później, to pewnie byśmy nie weszli, od momentu podstawienia pociągu do momentu całkowitego jego wypełnienia nie minęło więcej niż 5 minut.) a potem w jednej pozycji, bez możliwości wyprostowania którejkolwiek z nóg, jechać 7 godzin w mokrych butach, na mokrym śpiworze, przy drzwiach, gdzie trochę wiało. Dobrze, że mi się chociaż siku nie chciało, bo dojście do WC było co najmniej niemożliwe. A i tak nie mieliśmy najgorzej, bo byli tacy co stali. 
A jak już dojechaliśmy do Warszawy wschodniej, to się okazało, że burza popsuła coś na torach i wszystkie pociągi były opóźnione i na PKPie spędziliśmy prawie 2 godziny. 

Mimo wszystko było warto. Tylko zdjęć nie ma, bo nie wzięłiśmy aparatu. 

Tak. Remont powoli daje nam do zrozumienia, że niedługo zacznie się kończyć. Stół skończyłam wczoraj. Pokażę jak wrócę. A gdzie się wybieram – na WOODSTOCK oczywiście! :)

 

Tak dzisiaj wygląda nasze mieszkanko. 

Taki mamy polny dzień dzisiaj. A wszystko zaczęło się od śniadania w McDonaldzie. Ze śniadania wracaliśmy polnymi drogami to i trochę kwiatków udało mi się nazbierać. I teraz pachną. To znaczy próbują, bo w dalszym ciągu dominuje farba ftalowa. 
I znowu pada. A takie miłe słoneczko do śniadania nam świeciło.

…czyli remont pełną parą. Teraz to już w zasadzie ani końca ani początku nie widać. Maluję meble kuchenne. Ale nie tylko w kuchni, bo dzwiczki i korpusy porozkładane są po całym domu. A to i tak dopiero pierwsza tura.  Przewidywane są jeszcze conajmniej dwie. Wszystko po trzy warstwy + przecierka. Zakładając, że jedna warstwa schnie 14 godzin(wg instrukcji na puszce), to przez najbliższy tydzień, w domu zamiast zapachu domewej szarlotki z cynamonem(cięgle nie mogą podłączyć piekarnika), unosić się będzie zapach farby ftalowej. Jak ktoś lubi to zapraszam:) 

I cały czas stres – czy coś z tego malowania wyjdzie, czy aby te meble nie będą gorzej wyglądać… eh. Zna ktoś jakieś domowe bóstwo od remontów? Chętnie zlożyłabym małą ofiarę;)

 

Na pocieszenie, dwa zdjęcia z przedwczorajszej sesji zdjęciowej w starym budownictwie:)

Na zielono:

 

I na fioletowo:

 

Modelkowała – Karina


  • RSS