mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: hand-made

… czyli otworzyłam swoją skrzyneczkę z drytami, koralikami, kamieniami itd.

Z tego otworzenia powstał zestaw lawowy. Z jednej strony kobiecy, z drugiej – dość mocny. 

… czyli w końcu doszłam do siebie po Sylwestrze:) Oby cały rok mi upłyną tak wesoło jak impreza sylwestrowa. 

Jak widać (mam nadzieję) motywem przewodnim były lata 8o-te. Jeśli nie widać, to mogę tylko na własne usprawiedliwienie powiedzieć, że o tym, że to akurat lata 80te będą nas obowiązywać na imprezie, dowiedziałam się o godzinie 14:00 dnia 31. grudnia 2009. Tak więc czasu było nie za wiele. Ale szybki napad na niewyczerpany magazyn pomysłów(tj. sklep z tanią odzieżą), butelka wybielacza, nożyczki, lakier do włosów i żelazko i coś tam mi się udało(mniej lub bardziej), wymyślić. Jako baze wyjścioą mieliśmy w domu 2 rzeczy – czarną kamizelkę(dla Marcina) i dżinsową mini(dla mnie). Dobieranie  ciuchów  w szmateksie zajęło nam jakieś 20 minut. Moczenie rurek w wybielaczu jakieś pół godziny. Potem szybkie pranie, obcinanie zbędnych kawałków, poszerzanie dekoltu, strzępienie rękawów , wycinanie poduszek ze „sweterka”(niby nie powinnam, ale ja i bez poduszek mam szerokie ramiona, a razem to już była przesada:) ) – godzina. No i ostatni – najbardziej pracochłonny etap – suszenie przy użyciu żelazka. Wybór był pomiędzy – suszymy żelazkiem a idziemy w mokrych ciuchach. Na grzejniku na pewno by nie zdążyły wyschnąć. Na koniec tona niebiezkiego cienia, róż na policzki i kilogram lakieru na głowę. Na moją głowę, bo Marcin mimo moich usilnych starań, nie dał się przekonać i nie pozwolił się natapirować. A taki mógłby być ładny tapirek;) Tak czy siak – efekt starań widoczny na zdjęciu.

Nie pisałam już dawno, ale dzisiaj mi się coś spodobało. To i podzielić się chciałam. Oto i to coś:

 

A tutaj jest tego jeszcze więcej:    http://www.flickr.com/photos/kraplap/

   Czego to ludzie nie wymyślą:)

… znalazło się kilka zdjęć. Robione telefonem, więc jakością nie porywają, ale co tam. Widać na nich tłumy.

Widać ludzi upaplanych w glinie …

i widać jak ja sobie robie mój pierwszy glinany garneczek.

W zasadzie to miskę. Ale z miski zrobił się talerzyk.A i talerzyk uległ destrukcji podczas transportu. Ale zdjęcie jest. 

… czyli maluję stół. Dostałam stary stół na toczonych nogach, od babci i teraz walczę o to, żeby się mi do nowej kuchni wpasował. 

 

Po pierwsze, należało go porządnie wyszorować. Szorowałam więc, co chwilę zmieniając wodę, bo zadziwiająco szybko przyjmowała czarną barwę. 

Po drugie, należało go potraktować papierem ściernym. Dostałam nawet od taty taką maszynkę specjalną, niestety nie posłużyła mi długo. Tylko zaczęłam czyśćić blat, błysnęło, zadymiło i wywaliło kuchenne korki. Druga próba podłaczenia skończyła się mini-wybuchem o maksi-hałasie i wywaleniem korków w całym mieszkaniu. Mam dziwne przeczucie, że korniki maczały w tym swoje odnóża. Od tej pory musiałam czyścić ręcznie. Ale wyczyściłam. 

Po czwarte, należało wymontować zamki z szuflad. W życiu do głowy by mi nie przyszło, że na stare l;ata, będę wyciągać gwoździe i wykrfęcać śruby. A tak swoją drogą, może ktoś wie czym taki metalowy zamek można wyczyścić. Zmywacz do paznokci nie działa.

Po piąte, należało rozprawić się z kornikami. Spryskałam więc pożądnie cały stół środkiem owadobójczym i czekam aż wyschnie.

Jeszcze tylko malowanie…Eh

Czasu jak na lekarstwo. Remont się przeciąga. Zdjęcia z Bułgarii aż proszą się o umieszczenie na flickrze, a przynajmniej o porządne przejżenie. A ja na przekur, chyba wszystkiemu, wzięłam się za robienie ramek. 

I tak powstała seria trzech ramek-pamiątek dla babć oraz jedna ramka olutkowa z okazji chrztu. 

 

 

Pochwaliłam się, wracam zatem do remontu. Przy następnym wpisie postaram się zamieścić mały reportaż z remontu.

 

 

Dzisiaj dla odmiany trochę staroci.

Prawie wszystko już popakowane, czekamy więc na kogoś z firmy  trasportowej. Ktoś ma odebrać naszą ostatnią paczkę. Jakbyśmy wiedzieli, że się nie zapakujemy w walizki, to byśmy od razu trzy paczki wysałali. A tak dwie paczki w ostatni czwartek i jedna dzisiaj. Przynajmneij juz wiemy, że tamte dwie doszły. 

Dziwnie tak trochę, ostatni dzień w Dublinie, a jutro przed południem powinniśmy być już w Polsce. Ciekawe jak dużo się zmieniło przez te półtora roku.

 

W kazdym razie, z racji tego, że siedzę i się nudzę, czekając na pana od paczek, zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. I wynalazłam kilka hand-made by me, z czasów studenckich jeszcze. Czasami mam wrażenie, że to już tak dawno temu:)

Oto i są:

 

Na początek dwie szydełkowe lale. Szkaradka była przez perzez pewien czas moim bryloczkiem do kluczy. Niestety umarła śmiercią tragiczną – odpadła jej głowa. Lala nr 2 zrobiona była dla wtedy chyba półrocznej dziewczyni i nie wiem co się z nią dzieje.

 

 

Słoneczniki w dwóch wersjach. Czyli z kolorem i w całości. Kiedyś wisiały na ścianie w kuchni, ciekawe co nasi lokatorzy z nimi zrobili. 

 

 

I ostatnie zdjęcie, czyli wazony, które w każdym studenckim domu byc powinny. Taka mała dekoracja:)

 

Na szcęście się zamknęło. Delikatny problem jest z otwieraniem, ale przynajmniej trudniej się będzie dostać do ciastek, a i kalorii więcej się spali jeszcze przed zjedzeniem;)

 

A oto i pudełeczko:

No i się doczekaliśmy. Dochodziliśy w sumie, bo przeszliśmy w zeszły czwartek całe miasto w poszukiwaniu sklepów z używanymi aparatami. Oczywiście jak zwykle padało i jak zwykle jak się szuka czegoś konkretnego to nigdzie nie ma. Ale się udało. Co prawda w założeniu miało być co innego, ale jak nie ma to nie ma i trzeba czasem trochę nagiąć pierwotne założenia. Szcególnie jak budżet ograniczony. Tak więc oto jest – nasza nowa zabawka – tadadadam dadam – nasze drugie body – Canon EOS 30D:

 

 

 

Jak widać już się zadomowił wśród innych naszych maskotek:)

 

A na dodatek, wzięłam się spowrotem do hand-made-owania. Właśnie powstaje puszka na ciasteczka. Przerabiam trochę opoakowanie po cukierkach. Pierwsza moja tego typu próba. I jak zwykle okazało się, że niektóre moje założenia były błędne. Na przykład to, że nie przeleciałam papierem ściernym powierzchni puszki przed pomalowaniem. No i farba nie chciała mi się kleić. Przynajmniej na początku. I stąd musiałam pomalować ją kilkoma warstwami i teraz mam pewne obawy, że nie będzie się chciała zamknąć. Zobaczymy. Na razie lakier schnie:)

 

Tak wyglądam przy pracy:

 

Niedługo może pokażę, co z tego wyszło:)

Dawno nic nie pisałam, a że wielkanocne kartki do kogo miały dojść, już na pewno doszły, tak więc chyba pora pokazać serię Wielkanoc 2009 w całości:)

 

 

 

 

 

 

 


  • RSS