mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: fotografia

Japońske wydanie Vogue; Luty 2007; fotograf – Carter Smith. Ładne, nie?

… mój blog się sesyjnie modowy robi, ale spójżcie tylko na to - Dream Sequence, aż szkoda nie pokazać:

Albo na to:

 

eh, rozmarzyłam się… 

Całkeim inna bajka:)

 

Liw

Brak komentarzy

Trochę spóźnione, ale są. Zdjecia z turnieju w Liwie.

A oto dlaczego:

 

I jak wam się podoba?

…czyli remont pełną parą. Teraz to już w zasadzie ani końca ani początku nie widać. Maluję meble kuchenne. Ale nie tylko w kuchni, bo dzwiczki i korpusy porozkładane są po całym domu. A to i tak dopiero pierwsza tura.  Przewidywane są jeszcze conajmniej dwie. Wszystko po trzy warstwy + przecierka. Zakładając, że jedna warstwa schnie 14 godzin(wg instrukcji na puszce), to przez najbliższy tydzień, w domu zamiast zapachu domewej szarlotki z cynamonem(cięgle nie mogą podłączyć piekarnika), unosić się będzie zapach farby ftalowej. Jak ktoś lubi to zapraszam:) 

I cały czas stres – czy coś z tego malowania wyjdzie, czy aby te meble nie będą gorzej wyglądać… eh. Zna ktoś jakieś domowe bóstwo od remontów? Chętnie zlożyłabym małą ofiarę;)

 

Na pocieszenie, dwa zdjęcia z przedwczorajszej sesji zdjęciowej w starym budownictwie:)

Na zielono:

 

I na fioletowo:

 

Modelkowała – Karina

…czyli nowy kolor w sypialni. Tym razem Wiosna 2 i Wiosna 4 z palety farb Nobiles

 

A to znaczy mniej więcej tyle, że nie mam czasu:) No i ręce mnie bolą. A tu jeszcze trening dzisiaj. Coś mi mówi, że za dużo to ja sobie nie powalcze. A tak bym sobie powalczyła, jak chłopaki na niedzielnych zawodach.

O tak na przykład:

 

Pozdrawiam wszystkich czytających. Jeszcze tylko szybka kawka, i spowrotem do wałków i pędzli. Oby coś z tego wyszło:)

 

Plener cz.2

Po śniadaniu i przerwie na fajka ruszyliśmy dalej. Naszym celem była Valentia i jej przepiękne klify, tak zachwalane przez djr. Z dotarciem nie było problemu, zajęło nam to tylko jedną przerwę na fajka i jedną na stację benzynową. 

Widoki rzeczywiście były przepiękne.

Ale chłopakom, chyba bardziej od widoków, spodobało się rycie ziemi przy użyciu samochodu w kolorze granatowym (zgadza się, nie mam zielonego pojęcia o samochodach).

Poza sesją samochodową, była również sesja polegająca bardziej na zaplątywaniu jednego uczestnika o drugiego uczestnika. I na odwrót.

Oraz planowana od dnia pierwszego „Fotoewolucja”. 

Były też portrety.

W drodze powrotnej, jako że zrobiła się nam już pora obiadowa, zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej tablicy z napisem „Kawa” i „Lunch” i złożyliśmy zamówienie. Niestety było to chyba największe zamówienie w historii tej kawiarni. I panie kelnerki trochę się pogubiły. Ale tylko trochę, bo jak się wszystkie trzy zebrały i skoncentrowały to udało im się mniej więcej rozwiązać ten węzeł gordyjski. Nawet pomimo wczesnej pory, którą się wcześniej tłumaczyły.

Po obiedzie, wybrzeżem zmierzaliśmy już do domu. Podziwiając widoki, starając się nie zasnąć i od czasu do czasu stając na przerwy fajkowo-zdjęciowe. 

Około godziny czwartej czy piątej, zdecydowaliśmy już zmierzać prosto w kierunku na Dublin. I znów okazało się, że „Rally Of The Lakes” tylko czekał na naszą decyzję i od razu, bez uprzedzenia wlazł nam na trasę. Coś mi się wydaje, że bardzo chciał, żebyśmy go sfotografowali. My jednak nie daliśmy się zastraszyć, twardo ominęliśmy go bokiem i wróciliśmy do domu. 
A dalej to już tylko odsypianie.

Data: 02/03 mają 2009
Miejsce przeznaczenia: Pierścień Kerry – szlak turystyczny w hrabstwie Kerry w południowo-zachodniej Irlandii biegnący dookoła półwyspu Iveragh na zachodnim brzegu Irlandii, długość ok. 180 km (za Wikipedią).

Zaczęliśmy zgodnie z planem, około godziny 4.00 na stacji benzynowej Apple Green przy Naas Road. Już po trzech przerwach na fajka, jednej na zakupy i około pięciu ulewach dotarliśmy na miejsce. 

Rozlokowaliśmy się w pokojach i wzięliśmy się za grilla. Konkretnie to panowie się wzięli za skręcanie, rozkręcanie i ponowne skręcanie grilla i w końcu się udało. Udało się też rozpalić i spopielić kiełbaski. Udało się nam również zrobić bałagan i uniknąć spotkania z bykiem, oraz nakarmić psa. A dodatkowo udało nam się doprowadzić gospodarzy do stanu w którym chcieli już dzwonić na policję. Na szczęście obeszło się bez mundurowych. Zapewne dla tego, że była już godzina druga, a my mieliśmy w planach wstać o piątej. A może dlatego, że zaczęliśmy przymarzać.

zdjęcie by maRcin

Była więc najwyższa pora, żeby pójść do łóżka.

Niestety, o ile bardzo łatwo jest zapewniać o gotowości wstania ciut świt po kilku piwach, o tyle trudno zapewnienia spełnić, gdy to piwo zaczyna wietrzeć z głowy. Jak się okazuje najtrudniej jest wstać rano, tym którzy sami zaproponowali zdjęcia przed wschodem słońca. Tak więc czekając na admina fotografowaliśmy wschód z podwórka przed domem.

Ale już o 6:30 byliśmy na szlaku. Światło mieliśmy świetne. Pogodę też. Poza tym, że było zimno, ale w zasadzie czego można się spodziewać o takiej porze. Jeździliśmy więc po Gap of Dunloe od czasu do czasu zatrzymując się na zdjęcia.

 

Raz nawet zatrzymaliśmy się na trochę dłużej, bo jednemu z samochodów nie odpowiadała wyznaczona trasa i same z siebie nie chciał pojechać dalej. Na szczęście po zastosowaniu odpowiednich środków nacisku ruszyliśmy dalej. 

Wszystko było ładnie pięknie, dopóki nie zetknęliśmy się z „Rally Of The Lakes.” Okazało się, że wyścig bezczelnie wcisnął się na naszą trasę i zablokował przejazd.

Były już pewne obawy, że będziemy musieli poczekać aż wyścig przejedzie, dlatego też wszyscy głodni(bo jeszcze przed śniadaniem) rzucili się na jedyne dostępne kanapki z przydrożnej budki na kółkach.

Jeśli ktoś wie, dlaczego ta kiełbaska ma taki kolor, proszę, niech nie mówi. 

Najedzeni kierowcy mieli chyba więcej siły, bo udało nam się przecisnąć pomiędzy rzędami samochodów i wrócić do domu tą samą drogą.

A tu już czekało nas spóźnione śniadanie. 

Z pleneru wróciliśmy w niedzielę wieczorem, wczoraj odpoczywaliśmy, a dzisiaj pora pokazać co nieco. Na razie jedno zdjęcie. O owieczce. Więcej będzie później, mam w planach napisanie  małego reportarzu, ale najpierw musze isć do miasta:)

 

A zatem: Podróż

Dawno, dawno temu, w dalekiej krainie, żyła sobie mała owieczka. Dni mijały jej spokojnie, na bieganiu po łące i gryzieniu trawki. Pewnego dnia owieczka pomyślała jednak, że takie życie jest nudne. Zamarzyła jej się przygoda. Pożegnała się z mamą owieczką i z tatą barankiem i ruszyła w świat. Jeszcze tylko odwróciła się, żeby pomachać rodzicom i ostatni raz zastanowić się czy dobrze robi.

No i się doczekaliśmy. Dochodziliśy w sumie, bo przeszliśmy w zeszły czwartek całe miasto w poszukiwaniu sklepów z używanymi aparatami. Oczywiście jak zwykle padało i jak zwykle jak się szuka czegoś konkretnego to nigdzie nie ma. Ale się udało. Co prawda w założeniu miało być co innego, ale jak nie ma to nie ma i trzeba czasem trochę nagiąć pierwotne założenia. Szcególnie jak budżet ograniczony. Tak więc oto jest – nasza nowa zabawka – tadadadam dadam – nasze drugie body – Canon EOS 30D:

 

 

 

Jak widać już się zadomowił wśród innych naszych maskotek:)

 

A na dodatek, wzięłam się spowrotem do hand-made-owania. Właśnie powstaje puszka na ciasteczka. Przerabiam trochę opoakowanie po cukierkach. Pierwsza moja tego typu próba. I jak zwykle okazało się, że niektóre moje założenia były błędne. Na przykład to, że nie przeleciałam papierem ściernym powierzchni puszki przed pomalowaniem. No i farba nie chciała mi się kleić. Przynajmniej na początku. I stąd musiałam pomalować ją kilkoma warstwami i teraz mam pewne obawy, że nie będzie się chciała zamknąć. Zobaczymy. Na razie lakier schnie:)

 

Tak wyglądam przy pracy:

 

Niedługo może pokażę, co z tego wyszło:)


  • RSS