W ostatnim wpisie na zdjęciach pojawił się, poza biżuterią,
Zenit TTL. Aparat pochodzi z odzysku – bo zabrałam go tacie. Razem z
obiektywem Helios 44 mm. Mają kilka wad – światłomierz nie
działa, bo nie mam baterii, przysłona się nie przymyka przy
ustawianiu ostrości. No ale poza tym działają.

Długo się przymierzałam, żeby zabrać tacie aparat. Później
długo się przymierzałam, żeby zakupić odpowiednie materiały.
Wbrew pozorom, w Siedlcach nie tak znów łatwo kupić czarno-białą
kliszę. W końcu się przymierzyłam. Włożyłam kliszę do aparatu
i spróbowałam własnych sił w fotografii analogowej. 

Pierwszy wniosek jaki się nasuwa, to JAK DO CHOLERY TAKI BRESSON
CZY DZIWORSKI BYLI W STANIE ZROBIĆ TAKIE ZDJĘCIA? Bez autofocusa,
na 36 klatkach?

Pytanie do tej pory pozostaje bez odpowiedzi. Chociaż zapewne tak
jak ze wszystkim – praktyka czyni mistrza. A ja mam w tej chwili za
sobą dwie klisze praktyki. No, dwie i pół, więc chyba cudów nie
można się spodziewać.

Druga rzecz, która dla mnie miała znaczenie, to SZACUNEK DO
KLATKI. Banalne, wiem. Ale 36 klatek, to nie 8 MB na karcie. Więc
zanim człowiek naciśnie spust, to się jednak zastanowi, co później
będzie na tym zdjęciu.

To może na razie wystarczy rozważań. Dodam tylko, że pierwsze
dwie klisze wywołałam przy pomocy taty, w domowej łazience. Tą,
którą teraz robię – zamierzam wywołać sama. Muszę ją tylko
skończyć.

A oto i rezultat. Na razie jedno zdjęcie. Nie oceniajcie zbyt
krytycznie.

Zdjęcie zrobione na imprezie Magia Lat Dwudziestych w Korczewie, we wrześniu tego roku.