mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Znalazłam dzisiaj, dzięki „Beautiful Mess” piękne zdjęcia i stylizacje na Flickrze. 

Spójrzcie tylko:

 

Oj jak ja bym czasem chciała taką gładziutką, opanowaną i kobiecą fryzurkę. Albo czerwone usta… Ehh, niestety póki co moje włosy żyją własnym życiem, a wszystkie czerwone pomadki, jakie kiedykolwiek zdażyło mi się próbować wyglądają w połączeniu z moją twarzą dość makabrycznie. Ale co tam, pozostaje mi wzdychać i mieć nadzieję:)

 

A tu adres flickrowy, pełen zdjęć z pięknymi kobiecymi stylizacjami: czyli piksi’s Photostream

Dzisiaj dla odmiany – kulinarnie.

Autorski przepis na szarlotkę:

 

Pieczemy biszkopt w dużej, prostokątnej blaszce:

- ubijamy cztery białka na sztywno
 - dodajemy paczkę cukru waniliowego
- dodajemy pół szklanki cukru
- mieszamy
- dodajemy żółtka(4)
- mieszamy
- dodajemy szklankę mąki
- dodajemy pół łyżeczki proszku do pieczenia
- mieszamy
- wylewamy na wyłożoną folią aluminiową blachę
- do piekarnika na około 180 stopni – dopóki nie zbrązowieje
- wyjmujemy (najlepiej jak już trochę ostygnie), i kroimy na pół po grubości, tak żeby mieć dwa placki, każdy wielkości blachy

Jak biszkopt się piecze:

- trzemy jabłka(około ¾ kilograma) na dużych oczkach tartki
- smażymy utarte jabłka z dwiema łyżkami cukru i odrobiną cynamonu, dopóki nie zmiękną

A poza tym:

- 2 łyżeczki żelatyny rozpuszczamy w pół szklanki wrzątku
- jak trochę przestygnie dodajemy dwa serki waniliowe homogenizowane i mieszamy na jednolitą masę
- wstawiamy do lodówki dopóki nie zgęstnieje

I przyszła pora, żeby wszystko połączyć:

- placki biszkoptowe układamy obok siebie, tak, żeby tworzyły jak najdłuższy prostokąt, zakładamy trochę jeden placek pod drugi, tak, żeby łatwiej było zawinąć

- smarujemy biszkopty jabłkami
- na jabłkach rozsmarowujemy ścięty serek z żelatyną
- zawijamy roladę

I już. Gotowe. Pewnie przydałoby się jeszcze czymś polać po wierzchu, ale akurat nic w domu nie miałam. Może mleczna czekolada? 

Brak komentarzy

Remont pokazuje nam już łaskawie swój koniec. Mam nadzieję, że do końca następnego tygodnia uda nam się przeprowadzić większość prac. O ile znajdziemy dywan do pokoju. Szukamy najzwyklejszego fioletowego, bez szlaczków. Wymiary 2,8×2,6m. Jakby ktoś wiedział gdzie coś takiego znaleść to niech da znać.

 

A tu tak całkiem z innej beczki – trochę zdjęć z Londynu. Powoli nadganiam i segreguje to co od maja zalega na dysku. 

 

… znalazło się kilka zdjęć. Robione telefonem, więc jakością nie porywają, ale co tam. Widać na nich tłumy.

Widać ludzi upaplanych w glinie …

i widać jak ja sobie robie mój pierwszy glinany garneczek.

W zasadzie to miskę. Ale z miski zrobił się talerzyk.A i talerzyk uległ destrukcji podczas transportu. Ale zdjęcie jest. 

A jeszcze od razu – może ktoś chce suknie ślubną kupić, albo kamizelkę? 

 

Wystawiam na allegro od złotówki:


http://www.allegro.pl/item705449175_suknia_slubna_welon_gratis.html


http://www.allegro.pl/item705472961_kamizelka_slubna.html

 

No to wróciliśmy. Z trudem ale jednak. 

Wnioski – są jeszcze na świecie ludzie którym się chce, którzy w to co robią, wkładają całe serce i którzy chcą się dzielić tym co robią, którzy się nie boją otwierać na innych. 

Wszystko dookoła woła tylko i wyłącznie o konsumpcję, reklamy, radio, telewizja, coraz to nowe udogodnienia ułatwiające wykonywanie prostych, codziennych czynności. Pomimo to, ludzie chcą jeszcze coś robić i mają pomysły. Tyle prywatnych inicjatyw co na Woodstocku to chyba nie ma nigdzie. Organizator wkłada dużo wysiłki, żeby nikomu się nie nudziło: duża scena, mała scena, akademia sztuk przepięknych, scena krisznowców, przystanku jezus… no po prostu nie da się wszystkiego zobaczyć. A mimo to, ludzie sami z siebie tworzą własne inicjatywy. Organizuję wielkie marsze tyłem, pułapki na dziewice, zdjęcia z misiem, a nawet mammograf, który męskim głosem nakłaniał do ręcznego badania piersi. Organizacja zbiórek pieniężnych nie zna granic pomysłowości – można zbierać naprawdę na wszystko, wymieniać wszystko na piwo, albo bilet do domu. No po prostu nieograniczona kreatywność. 

Do tego wszystkiego ludzie na prawdę się dzielą, głównie piwem i fajkami, ale nie tylko. Kanapką też jak trzeba. Wszystkim. Nikt się nie boi, zapytać o pomoc, nikt się nie boi pomagać. 

Nie tylko pokojowy patrol i służba medyczna dba o bezpieczeństwo. Często przechodnie sprawdzają, czy aby osoba, która leży gdzieś przy drodze, zasnęła tylko z, nazwijmy to „zmęczenia”, czy przypadkiem nie zasłabła. Ludzie słuchają Jurka i dbają o siebie nawzajem. Nawet pod samą sceną, gdzie zdawałoby się nikt na nic nie patrzy, wszystkich tylko rozpiera energia, wystarczy, żeby ktoś się potkną, a już pięć osób pomaga mu wstać. Na koncercie „Dżemu,” jak ktoś zasłabł pod sceną, to nikt po nim nie skakał, zaraz wszyscy się cofnęli, zawiadomiono służby medyczne, wpadły służby ze swoim pojazdem i zabrały poszkodowaną osobę. Ktoś by mógł powiedzieć, że niemożliwe, w takiej zbitej masie osób. A jednak. Ludzie dbają o siebie nawzajem. 

Oczywiście, w takiej kupie ludzi(wg organizatorów przyjechało 400 tysięcy osób, co jest bardzo prawdopodobne, namioty były wszędzie. W porównaniu z Przystankiem sprzed dwóch lat, mam wrażenie, że tym razem było 2 razy tyle osób), znajdą się i tacy którzy wepchną się w kolejkę, po chamsku, właściwie bez pytania, zabiorą ci z ręki wodę, którą niosłeś 4 kilometry z Lidla, mówiąc, że „Chcą się napić” i wyleją sobie litr na głowę, albo tacy co wyniosą ci z namiotu pięć puszek piwa razem z plecakiem(dobrze, że wpadliśmy na pomysł wyjęcia ważniejszych rzeczy z plecaka i rozrzucenia ich po namiocie), ale mimo wszystko zostawią ci jedno piwo na kaca. No cóż, ludzie są różni, ale śmiem twierdzić, że na Woodstocku więcej jest tych wartych poznania. 

Dobra, żeby nie było za pięknie, powiem jeszcze, że na koniec pogoda się popsuła. Deszcz spadł, jak nasz namiot był już złożony. Prawie wszystko nam przemokło, potem trzeba było w tych mokrych butach i z mokrymi plecakami iść jakieś 4 km na PKP, wepchnąć się na pociąg(byliśmy na peronie 40 minut przed planowanym pociągiem, jakbyśmy byli 5 minut później, to pewnie byśmy nie weszli, od momentu podstawienia pociągu do momentu całkowitego jego wypełnienia nie minęło więcej niż 5 minut.) a potem w jednej pozycji, bez możliwości wyprostowania którejkolwiek z nóg, jechać 7 godzin w mokrych butach, na mokrym śpiworze, przy drzwiach, gdzie trochę wiało. Dobrze, że mi się chociaż siku nie chciało, bo dojście do WC było co najmniej niemożliwe. A i tak nie mieliśmy najgorzej, bo byli tacy co stali. 
A jak już dojechaliśmy do Warszawy wschodniej, to się okazało, że burza popsuła coś na torach i wszystkie pociągi były opóźnione i na PKPie spędziliśmy prawie 2 godziny. 

Mimo wszystko było warto. Tylko zdjęć nie ma, bo nie wzięłiśmy aparatu. 


  • RSS