mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

… czyli jak to było ostatni raz w dublińskim pubie

 

Tu w całości

 

A tu, jak głosi napis nade mną – pilnuje torebki(zdjęcie nie ostre, za co z góry przepraszam)

 

bluzka:

spódnia: Carry – 49 zł

buty: deichman – około 50 zł

torebka: M Rossini – 50 euro(przywieziona z Rzymu)

biżuteria(wisiorek i kilczyki): Swarovski(ceny nie znam, bo to prezent)

… czyli nie mam dostępu do internetu ani nawet za bardzo czau, żeby z niego kozystać.
A do tego – wszsytko mnie boli, bo w czwartek wrócilam na treningi bjj. Pierwszy raz w życiu poddalam walkę, bo nie dałam rady trzymać się za własną rękę. Coś mi się widzi, że trzeba się wziąć za siebie, bo bieda będzie:)
A poza tym, biegamy po sklepach meblowych, bankach, salonach sieci komórkowych (ile to sie trzeba, swoja drogą, nabiegać żeby wziąć abonament jak sie nie ma żadnych rachunkow na wlasne nazwisko.) Do tego poszukiwania pracy pędzą pełną parą. A dzisaj jedziemy mierzyć nasze mieszkanko, bo nie możemy podjąć decyzji co do mebli. Ale mamy za to telewizor. Czarny, płaski i z ekranem(prawda, że się znam na telewizorach?:) ). W międzyczasie przypominamy sie znajomym i siedleckim barom.
I nawet to, że od wcoraj pada jakoś mi nie przeszkadza:)

Dzisiaj dla odmiany trochę staroci.

Prawie wszystko już popakowane, czekamy więc na kogoś z firmy  trasportowej. Ktoś ma odebrać naszą ostatnią paczkę. Jakbyśmy wiedzieli, że się nie zapakujemy w walizki, to byśmy od razu trzy paczki wysałali. A tak dwie paczki w ostatni czwartek i jedna dzisiaj. Przynajmneij juz wiemy, że tamte dwie doszły. 

Dziwnie tak trochę, ostatni dzień w Dublinie, a jutro przed południem powinniśmy być już w Polsce. Ciekawe jak dużo się zmieniło przez te półtora roku.

 

W kazdym razie, z racji tego, że siedzę i się nudzę, czekając na pana od paczek, zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. I wynalazłam kilka hand-made by me, z czasów studenckich jeszcze. Czasami mam wrażenie, że to już tak dawno temu:)

Oto i są:

 

Na początek dwie szydełkowe lale. Szkaradka była przez perzez pewien czas moim bryloczkiem do kluczy. Niestety umarła śmiercią tragiczną – odpadła jej głowa. Lala nr 2 zrobiona była dla wtedy chyba półrocznej dziewczyni i nie wiem co się z nią dzieje.

 

 

Słoneczniki w dwóch wersjach. Czyli z kolorem i w całości. Kiedyś wisiały na ścianie w kuchni, ciekawe co nasi lokatorzy z nimi zrobili. 

 

 

I ostatnie zdjęcie, czyli wazony, które w każdym studenckim domu byc powinny. Taka mała dekoracja:)

 

… czyli z serii – „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.” Wrócilimśy z Londynu. Wycieczkę na pewno trzeba zaliczyć do udanych. Chociaż jak to zwykle bywa nie obyło się bez małych niedogodności. Na przykład, ze względu na to, że w Londynie nie padało kilka dni przed naszym przyjazdem, w powietrzu pełno było wszelkiego gatunku kurzów, pyłków i kawałków roślin. I pierwsze dwa dni upłynęły nam na wydłubywaniu wyżej wymienionych z oczy. Ale w końcu spadł deszcz i wszystko się unormowało:) Poza pyłkami mieliśmy również nieudaną próbę zobaczenia British Music Experience na Arenie O2. Jak już z trudem, po długim spacerze, udało nam się tam dotrzeć z Obserwatorium, okazało się, że akurat tego dnia zamiast wystawy jest jakiś Special Event, i nie wpuszczają nikogo. Na szczęście do przystanku autobusowego były już tylko dwa kroki, bo więcej nie dalibyśmy rady przejść. Zaoszczędzone na biletach z wystawy pieniądze wydaliśmy na kolacje w chińskiej knajpie, na King’s Cross. Niestety kolacja okazała się niejadalna, makaron z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym pachniał tylko i wyłącznie octem, co w zasadzie uniemożliwiało konsumpcje. 

Ale to tylko takie małe minusiki. Bo tak na prawdę to warto było jechać. Zobaczyliśmy co mieliśmy zobaczyć, kilka muzeów(Victoria and Albert Museum, Natural History Museum, Science Museum, Meritime Museum) gdzie oczywiście najbardziej wciągały nas wystawy interaktywne przeznaczone dla dzieci od lat trzech. Do tego bezwzględnie Madame Tussauds, bilety co prawda horrendalnie drogie (22,50 funta za osobę), ale ile zdjęć ze znanymi osobistościami. Szkoda tylko, że światło nie za ciekawe, a lampa błyskowa od wosku odbija się w bardzo plastikowy sposób, i ze zdjęciami trzeba było strasznie kombinować. Ale co tam. Jakby ktoś się wybierał do Londynu to polecam. Szczególnie „Scream – One way out.” Mało brakowało, a zostawiłabym wśród tych kryminalistów zaślepkę do obiektywu, bo chyba ze strachu zemdlała i upadła na ziemie. Na szczęście szybko ją wymacałam, bo na dłuższe szukanie chyba nie miałabym odwagi. Te światło w oczy, ci wyskakujący zza rogów złoczyńcy z porozcinanymi twarzami, ci szaleńcy za kratami…brrrrrrr. Fajnie było. 

Oczywiście nie obyło się bez standardów: Big Ben, Opactwo Westmisterskie, Tower of London, Tower Bridge, spacer po Oxford Street, południk 0 stopni. A do tego wszystkie możliwe lokalizacje muzyczno-okładkowe – „Abbey Road” Beatlesów i „Animals” Pink Floydów.

Jeśli chodzi o hostel (polecam), to trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno. Wpadliśmy akurat na wymianę łóżek i dostaliśmy zniżkę, za zamieszanie. Co prawda, początkowo mieliśmy spać w pokoju z dwunastoma łóżkami, a ostatecznie po zmianie, łóżek okazało się być 17, ale czy to aż taka duża róźnica? Chyba nie. I tak pierwszej nocy prawie w ogóle nie spalimśy, bo się okazało, że trafiliśmy na darmowe piwo i dzięki temu chyba zrobiła się luźna i wiążąca atmosfera w pokoju socjalno-jadalnym. Marcin jak zwykle znalazł gdzieś Playstation i chętnych do gry i już nie było siły, żeby go oderwać. A od rana zwiedzanie, napięty harmonogram i nie ma wylegiwania się do południa. 

Podsumowując, jak tylko wygoją mi się odciski, pozostaną same miłe wspomnienia. Pora planować kolejną wycieczkę. Ciekawe czy uda nam się spakować:)

Dzisiaj kolejny post wzorem szafiarek, czyli wynurzenia z mojej szafy. Przedstawiam mój ostatnio, chyba ulubiony, zestaw. Z braku innych okazji – zestaw „po bułki.”

Sukienkę znalazłam kiedyś dawno temu, jeszcze chyba w podstawówce, leżała sobie w szafie u babci, a mi był potrzebny kostium wróżki na bal karnawalowy. Wykożystałam więc i odłożyłam. Przypomniałam sobie ponownie o jej istnieniu dopiero teraz, w lutym, jak byliśmy w Polsce. Od tego czasu mam ją na sobie dosyc często.

W Iralndii póki co za zimno, żeby tak w samym sweterku latać do po dworze, sesja więc odbyła się pod dachem pobliskiego supermarketu. Tam przynajmniej było dużo światła:)

 Fot. maRcin

Sukienka – z szafy babci, bezcenna:)

Sweterek –  PRIMARK (10 euro)

Buty – Deichman (jakiś 50zł)

Rajstopy(granatowe) – kiosk ruchu (12 zł)

Wózek – Tesco (depozyt 1 euro) :)

 

Jak ktoś już kiedyś powiedział. 

Z tego powodu i jeszcze ze względu na to, że za półtora tygodnia kończymy naszą przygodę z Zieloną wyszpą, naszło mnie na podsumowanie malutkie. Oto jak Irlandia wpływała na mój wizerunek przez te ostatnie półtora roku:)

Plener cz.2

Po śniadaniu i przerwie na fajka ruszyliśmy dalej. Naszym celem była Valentia i jej przepiękne klify, tak zachwalane przez djr. Z dotarciem nie było problemu, zajęło nam to tylko jedną przerwę na fajka i jedną na stację benzynową. 

Widoki rzeczywiście były przepiękne.

Ale chłopakom, chyba bardziej od widoków, spodobało się rycie ziemi przy użyciu samochodu w kolorze granatowym (zgadza się, nie mam zielonego pojęcia o samochodach).

Poza sesją samochodową, była również sesja polegająca bardziej na zaplątywaniu jednego uczestnika o drugiego uczestnika. I na odwrót.

Oraz planowana od dnia pierwszego „Fotoewolucja”. 

Były też portrety.

W drodze powrotnej, jako że zrobiła się nam już pora obiadowa, zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej tablicy z napisem „Kawa” i „Lunch” i złożyliśmy zamówienie. Niestety było to chyba największe zamówienie w historii tej kawiarni. I panie kelnerki trochę się pogubiły. Ale tylko trochę, bo jak się wszystkie trzy zebrały i skoncentrowały to udało im się mniej więcej rozwiązać ten węzeł gordyjski. Nawet pomimo wczesnej pory, którą się wcześniej tłumaczyły.

Po obiedzie, wybrzeżem zmierzaliśmy już do domu. Podziwiając widoki, starając się nie zasnąć i od czasu do czasu stając na przerwy fajkowo-zdjęciowe. 

Około godziny czwartej czy piątej, zdecydowaliśmy już zmierzać prosto w kierunku na Dublin. I znów okazało się, że „Rally Of The Lakes” tylko czekał na naszą decyzję i od razu, bez uprzedzenia wlazł nam na trasę. Coś mi się wydaje, że bardzo chciał, żebyśmy go sfotografowali. My jednak nie daliśmy się zastraszyć, twardo ominęliśmy go bokiem i wróciliśmy do domu. 
A dalej to już tylko odsypianie.

Data: 02/03 mają 2009
Miejsce przeznaczenia: Pierścień Kerry – szlak turystyczny w hrabstwie Kerry w południowo-zachodniej Irlandii biegnący dookoła półwyspu Iveragh na zachodnim brzegu Irlandii, długość ok. 180 km (za Wikipedią).

Zaczęliśmy zgodnie z planem, około godziny 4.00 na stacji benzynowej Apple Green przy Naas Road. Już po trzech przerwach na fajka, jednej na zakupy i około pięciu ulewach dotarliśmy na miejsce. 

Rozlokowaliśmy się w pokojach i wzięliśmy się za grilla. Konkretnie to panowie się wzięli za skręcanie, rozkręcanie i ponowne skręcanie grilla i w końcu się udało. Udało się też rozpalić i spopielić kiełbaski. Udało się nam również zrobić bałagan i uniknąć spotkania z bykiem, oraz nakarmić psa. A dodatkowo udało nam się doprowadzić gospodarzy do stanu w którym chcieli już dzwonić na policję. Na szczęście obeszło się bez mundurowych. Zapewne dla tego, że była już godzina druga, a my mieliśmy w planach wstać o piątej. A może dlatego, że zaczęliśmy przymarzać.

zdjęcie by maRcin

Była więc najwyższa pora, żeby pójść do łóżka.

Niestety, o ile bardzo łatwo jest zapewniać o gotowości wstania ciut świt po kilku piwach, o tyle trudno zapewnienia spełnić, gdy to piwo zaczyna wietrzeć z głowy. Jak się okazuje najtrudniej jest wstać rano, tym którzy sami zaproponowali zdjęcia przed wschodem słońca. Tak więc czekając na admina fotografowaliśmy wschód z podwórka przed domem.

Ale już o 6:30 byliśmy na szlaku. Światło mieliśmy świetne. Pogodę też. Poza tym, że było zimno, ale w zasadzie czego można się spodziewać o takiej porze. Jeździliśmy więc po Gap of Dunloe od czasu do czasu zatrzymując się na zdjęcia.

 

Raz nawet zatrzymaliśmy się na trochę dłużej, bo jednemu z samochodów nie odpowiadała wyznaczona trasa i same z siebie nie chciał pojechać dalej. Na szczęście po zastosowaniu odpowiednich środków nacisku ruszyliśmy dalej. 

Wszystko było ładnie pięknie, dopóki nie zetknęliśmy się z „Rally Of The Lakes.” Okazało się, że wyścig bezczelnie wcisnął się na naszą trasę i zablokował przejazd.

Były już pewne obawy, że będziemy musieli poczekać aż wyścig przejedzie, dlatego też wszyscy głodni(bo jeszcze przed śniadaniem) rzucili się na jedyne dostępne kanapki z przydrożnej budki na kółkach.

Jeśli ktoś wie, dlaczego ta kiełbaska ma taki kolor, proszę, niech nie mówi. 

Najedzeni kierowcy mieli chyba więcej siły, bo udało nam się przecisnąć pomiędzy rzędami samochodów i wrócić do domu tą samą drogą.

A tu już czekało nas spóźnione śniadanie. 

Z pleneru wróciliśmy w niedzielę wieczorem, wczoraj odpoczywaliśmy, a dzisiaj pora pokazać co nieco. Na razie jedno zdjęcie. O owieczce. Więcej będzie później, mam w planach napisanie  małego reportarzu, ale najpierw musze isć do miasta:)

 

A zatem: Podróż

Dawno, dawno temu, w dalekiej krainie, żyła sobie mała owieczka. Dni mijały jej spokojnie, na bieganiu po łące i gryzieniu trawki. Pewnego dnia owieczka pomyślała jednak, że takie życie jest nudne. Zamarzyła jej się przygoda. Pożegnała się z mamą owieczką i z tatą barankiem i ruszyła w świat. Jeszcze tylko odwróciła się, żeby pomachać rodzicom i ostatni raz zastanowić się czy dobrze robi.

Na razie nic się nie dzieje. Więc przegldam co mam na dysku. Z tej okazji dodałam opowiadanie napisane rok temu. 

 

Jak ktoś ma ochotę przeczytać to zapraszam tutaj.


  • RSS