mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Czyli skończyłam robić kartki. Teraz tylko wysłać. Wszystkich dzisiaj nie pokażę, poczekam z tym aż dojdą do adresatów. Dzisiaj tylko jedna, żeby udowodnić, że się tak całkiem nie obijam.

 

 

(różowy karton, biały filc, rysunek akwarelami, oczka koloru srebrnego)

I znowu mam przepis. Jakiś taki kulinarny ten mój blog się robi:)

Dzisiaj –

 

Ciasteczka budyniowo-maślane.

Składniki:

pół kostki masła

2 jajka

szklanka mąki(mniej więcej)

3 – 4 łyżki cukru

pół szklanki mleka

budyń waniliowy

łyżeczka proszku do pieczenia

 

Wykonanie:

Masło utrzeć z cukrem. Dodać do tego pół opakowania budyniu(proszku) i dokładnie wymieszać. Ugotować resztę budyniu z mlekiem. Przestudzić, dodać do masła i dokładnie wymieszać. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Białka oddzielić od żółtek. Żółtka wrzucić do ciasta. Białka ubić. I też dodać do ciasta. Wszystko delikatnie, acz dokładnie zagnieść. Można ewentualnie dodać mąki jeśli ciasto jest za rzadkie.

A teraz najprzyjemniejsze, czyli rozwałkowujemy ciasto i wycinamy ciekawe wzorki. I do piekarnika (200 stopni) aż się ciasteczka zarumienią.

Smacznego! 

Niby nie pracuje, ale czasu to też za bardzo nie mam. To znaczy mam tyle rzeczy d zrobienia, że na pisanie nie mam czasu:) Z resztą na przeciągnięcie nitek zwisających z mojego płaszczyka też nie mam czasu. Od pół roku. 

A co robię? Po pierwsze szukam pracy. Dużo czsu mi to jednak nie zajmuje, bo ogłoszeń mało. Dobra wiadomość jest taka, że we wtorek byłam na rozmowię z ewentualnym przyszłym pracodawcą. Jutro mają być wyniki. Praca co prawda tymczasowa, ale w biurze, więc nie miałabym nic przeciwko:) 

Po drugie, gotuje pyszne obiadki i piekę przeróżne ciasteczka(wczoraj były maślano-budyniowe, jak będę miała chwilkę to wrzucę zdjęcia i fotki). 

Po trzecie, łażę troche po Dublinie – galerie, muzea, księgarnie, biblioteki etc. 

Po czwarte, ćwiczę – nakupiłam sobie tyle płyt z treningami w Polsce, że teraz muszę korzystać, do tego od czasu do czasu do fitness clubu latam, żeby się karnet nie marnował, a nawet biegałam ostatnio po parku.

Po piąte – oglądam trzeci i czwarty sezon Bones, a później boję się w nocy iść do łazienki:)

Po szóste – spełniam swoje noworoczne postanowienie – udało mi się wyporzyczyć z biblioteki publicznej „Ulissesa,” więc czytam. Ale przyznam się szczerze – ciężko idzie.

Po siódme – wzięłam się w końcu za kartki wielkanocne i inne wielkanocne ozdoby(koszyczek z papierowej wikliny) – powinnam niedługo pokazać rezultaty. 

Po ósme – nadrabiam zaległości filmowe, niedawno obejżałam Lolitę, a w kolejce czekają już „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy”, „Szanghai Ekspres” i „Mata Hari” z Gretą Garbo.

Po dziewiąte – nadrabiam zaległości prasowe, skończyłam „Twój Styl” a w kolejce już ustawiły się dwa „Bluszcze” i „Charaktery”

I pewnie jeszcze trochę by się znalazło….

Tak więc, jak widzicie, jestem niepomiernie zajęta:)

W dalszym ciągu nic twórczo nie robię. Przybieram się jednak do ozdób wielkanocnych. Podjęłam nawet pierwsze kroki. Wydmuchałam jajka. Tak więc jestem w posiadaniu czterech wydmuszek.

A z jajek zrobiłamżółte babeczki:)

 

A oto przepis.

Składniki:

4 jajka

3/4 szklanki mąki

1/3 szkalnki cukru

2 łyżeczki cukru waniliowego

pół czekolady(w moim wypadku nadziewana milka)

łyżeczk aproszku do pieczenia

kilka kropel żółtego barwnika

Wykonanie:

Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy. Dodajemy żółtka, mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia, barwnik i połamaną na dość spore kawałki czekoladę. Mieszamy delikatnie na jednolitą masę. Nakładamy masę do foremek i wrzucamy wszystko do nagrzanego piekarnika(200 stopni). Trzymamy dopóki się nie zarumienią. 

Smacznego.

 

… czyli Święty Patryk, patron Irlandii. Z okazji jego imienin cała Irlandia miała we wtorek wolne. A do tego, w każdym większym mieście tradycyjnie przez centrum przeszła wielka parada pozdrawiając tłumy widów. A tłumy były straszne. Już samo to, że nie udało nam się dojechać autobusem do centrum, o czymś świadczy. Autobusy były tak pełne, że się nie zatrzymywały. Ale to nas bynajmniej nie zniechęciło – pogoda była iście spacerowa, więc zrobiliśmy sobie spacer:)

A tu kilka zdjęć

Przegląd zespołów bębniąco-dętych.

 

I jeszcze trochę kolorków:

 

I my, w wersji świętopatrykowej.

 

 

Zdjęcia by MaRcin (poza tym na którym sam się znalazł)

 

Jakoś ostatnio weny twórczej nie mam. Ale żeby nie było, że nic się na blogu nie dzieje, to powiem że wczoraj byliśmy na spacerze. W końcu (po półtora roku) udało nam się zmobilizować i przejść po pobliskim cmentarzu – Glasnevin Cemetery. Jest to w zasadzie główny cmentarz w Dublinie. Chowano tam zmarłych od XIX wieku, więc na pochówek na Glasnevin załapało się kilku Wielkich i Znaczących z historii Irlandii, między innymi pierwszy prezydent. Cmentarz jest ogrodzony wysokim kamiennym murem z pięcioma wieżami obserwacyjnymi, podobno dlatego, że studenci medycyny, z braku wystarczającej ilości pomocy naukowych, wykopywali i wynosili zwłoki. Na cmentarzu trzymano też psy, dopóki jeden z nich, w 1853 roku, nie pogryzł koronera.

Dość rysu historycznego. Pora na kilka zdjęć.

Celtyckie krzyże dominują na nagrobkach z lat 1860 -1960.

A tu jeszcze starsza część cmentarza. Proste krzyże i obeliski.

Najmłodsze nagrobki, to już raczej proste marmurowe płyty. Przystrojone wszystkim co tylko można sobie wyobrazić. Od wielkich różańców, kwiatów i lampek, po szklane kule, miśki, wiatraczki, przeróżnej maści figurki, a nawet małe boisko do piłki nożnej, z plastikowymi piłkarzami(grób 13letniego chłopca). Myśmy trafili jeszcze na sezon bożonarodzeniowy, bo motyw Mikołaji, bałwanków i innych choinek przewijał się przez cały spacer. Za to zniczy jakoś bardzo nie było widać. 

Takie miałam dziwne wrażenie, patrząc na to wszystko, że Irlandczycy mają strasznie dużo takich pierwotnych pozostałości kulturowych. Takie przynoszenie zmarłym rzeczy, których mogliby potrzebować. Do tego zamiłowanie do zdobienia ciała tatuażami i kolczykami. Takie pierwotne trochę. Albo to tylko moje subiektywne odczucie.

Ale, żeby nie było tylko o śmierci – w końcu WIOSNA idzie – chciałam zauważyć, że natura budzi się do życia. Kwiatki kwitną, ptaszki śpiewają. A na dowód, kilka zdjęć zrobionych również wczoraj, w Ogrodach Botanicznych.

Dodam tylko, że w Ogrodach spotkaliśmy grupę fotografów z Polski. Jak się okazało było to pierwsze spotkanie „polskiego kółka fotograficznego w Irlandii”. Bardzo miłe spotkanie. Może coś ciekawego wyniknie z tej nowej znajomości.

Zdjęcia by MaRcin

A więcej jak zwykle tu.

I w zasadzie tylko zdjęć. Pisać nie ma za bardzo o czym. Póki co skupiam się na szukaniu pracy. Bez rezultatów niestety.

 

A w polsce załapaliśmy sie na trochę śniegu, więc skorzystaliśmy i powstał bałwan.

 

A tu szczur, który uparł się, żeby nie dać nam spac ostatniej nocy. I chromolił suchy chlebek.

Z resztą zwierzęta ogólnie uwzięły się na nas podczas tej wizyty. Również kota naszło marcowanie i miałczała dzień i noc.

A oto winowajczyni.

 

A na koniec pochwale się moimi nowymi okularami. Nikt mnie nie poznał:)

 

I tyle.

Wyjazd do Polski stanowczo należy zaliczyć do udanych. Z zaznaczeniem jednak, że przez następne pół roku, nie piję. No bo ile można, prawda:)

 

Skoro album został już pokazany w całości, przyszła pora na coś nowego. Dzisiaj obiecana już wcześniej sesja zdjęciowa z pobliskiego parku. Wszelkie uwagi krytyczne przyję z otwartymi ramionami. W ogóle wszelkie komentarze przyjmę z otwartymi ramionami. 

 

Oto jak szukałam wiosny:

 

Tak szukałam, że aż się zmęczyłam i musiałam odpocząć.

 

 

Zdjęcia by MaRcin

 

Spodnie – Primark(11 euro)

Brązowa koszula – Primark (1 euro)

Bluzka – River Island (8 euro)

Buty – River Island (15 euro)

Branzoletka i korale – straganik na Woodstocku(10 zł za komplet)

Rękawiczki – bazarek (10 zł)

 

Więcej zdjęc – http://www.flickr.com/photos/ola_i_marcin/sets/72157614987907095/

 


  • RSS