mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

z albumem oczywiscie. Dzisiaj ostatnie trzy strony wakacyjny album wedruje do Polski.

Dzwie pierwsze strony zrobione technika wyrywankowa, maja przypominac troche mozaiki.

Ta ostatnia mozaiko-wyrywanka taka troche abstrakcyjna, bo takie wlasnie abstrakcyje  mozaiki mozna spotkac w rzymskim metrze.

A tu podsumowanie i tylnia okladka

W dalszym ciągu album. Kolejne strony.

 

 

 

Tym razem strony całkiem inne. Na tło składa się kila zdjęć zrobionych w Watykanie. Wszytsko poskładane, przerobione na czarno-białe i wydrukowane. Do tego, z jednej strony matowa folia z błyszczącymi drobinkami jako ramka, a z drugiej – siatka mesh, srebrna.

A żeby się już nie powtarzać i wszystkim nie znudzić zdradzę małą tajemnice. W przygotowaniu do publikacji jest mała sesja zdjęciowa. Taka modowa trochę. Udało nam się zrobić w weekend kilka dobrych zdjęć. Zdjęcia są w trakcie obróbki. Jak tylko skończę – będę się chwalić. Mam nadzieje że się spodoba, bo to w sumie pierwsza moja taka sesja. Inspirowanan trochę sesjami zacnego grona szafiarek:)

Tym razem zwiedzanie. Strony zrobione już całkiem inaczej niż poprzednie. 

 

 

 

Nie wiem czy widać, ale głównym motywem tych czterech stron jest pocięta na części mapa Rzymu. Numerki przy zdjęciach odpowiadają numerkom na mapie. Tak żeby było wiadomo, co, gdzie i kiedy:)

 

… i ciąg dalszy albumu oczywiście. 

Tradycyjnie zaczynę od albumu: 

Z jednej strony fontanny (pierwsza pod schodami hiszpańskimi, druga pod Panteonem), z drugiej – ślub, czyli główny punkty wycieczki:)

 

 

 

A pod spodem przyjęcie:

 

I na razie może wystarczy. Niniejszym, skończyły się strony malowane, kolejne będą… ale o tym – w następnym odcinku:)

Sprawa druga – torebka. A właściwie głupota ludzka i chciwość. Wyobraźcie sobie: Wracam w czwartek spokojnie do domu. Zmęczona i zmachana po ośmiu godzinach pracy, godzinie na siłowni i pół godzinie czekania na autobus. Idę sobie spokojnie. Torebka w prawej ręce, duża (siłowniowa) torba na plecach. Słucham sobie muzyki na jedno ucho(bo mi się druga słuchawka popsuła)… Aż tu nagle ktoś mi próbuje wyrwać rękę ze stawu. Ktoś sobie najzwyczajniej w świecie, z rozbiegu złapał za moją torebkę i biegnie dalej. Szczęście w nieszczęściu, ciepło było i nie miałam rękawiczek. Bo jakbym miała to pewnie by mi się rączki torebki wyśliznęły. I nie wiem czy bym go dogoniła z tą drugą torbą na plecach. Ale rękawiczek nie miałam, więc „młodzieniec”(chłopak myślę miał koło 20u lat) poszarpał trochę, poszarpał i pobiegła dalej. A ja zostałam z torebką. Trochę czasu minęło zanim w ogóle do mnie dotarło co właściwie miało miejsce. A potem zaczęłam się śmiać. Bo naprawdę by się chłopak obłowił – w torebce miałam stary telefon(Nokia przejechana przez samochód) i 3 euro w portfelu. Najcenniejsza z tego wszystkiego była torebka. Chociaż z drugiej strony miałabym później chodzenia, załatwiania nowego dowodu, karty bankomatowej, karty do fitness clubu, etc. Zamiast tego – boli mnie ręka. Musiał naprawdę porządnie szarpnąć, bo mam naciągnięte mięśnie przy łokciu. A że praworęczna jestem, to trochę mi przeszkadza. Z drugiej strony jak posłuchałam w pracy jakie mogą być skutki takiego wyrywania torebki, to i tak u mnie obeszło się małym kosztem. Bo, tak naprawdę, to można nawet bark czy łokieć wybić.

A na dokładkę – moje pierwsze w życiu pączki. Nie do końca wyszły takie jak powinny, bo kilka się w środku nie dopiekło. Nie wiem, czy to wina rozmiaru, czy może to końcowe pączki w serii były i olej był już za gorący. W każdym razie, jak tylko zauważyliśmy z Marcinem, że są trochę surowe, wstawiliśmy je jeszcze do piekarnika na kilka minut. I już później nikt niespodzianek nie znalazł.

Tak czy siak – pierwsze pączki za płoty:)

 

 

Przepis:

Składniki

300 g mąki

15 g suszonych drożdży

100 ml ciepłego mleka

50 ml ciepłej wody

2 łyżki cukru

40 g masła

rum(polany od serca)

cukier puder do posypania

olej do smażenia


Przygotowanie:

Mąkę wymieszałam z drożdżami w dużej misce. Mleko, wodę i rum też wymieszałam. Powoli wlałam do mąki, po drodze mieszając. Zatrudniłam męża żeby dalej mieszał, aż ciasto zrobi się gładkie i błyszczące. Po drodze można dodać trochę mąki, jakby ciasto wyszło za rzadkie. Wymieszane ciasto trzeba zostawić do wyrośnięta. Powinno, mniej więcej, podwoić swoją objętość. 

Potem wyjmujemy ciasto na stolnice, dobrze wcześniej posypaną mąką, i rozwałkowujemy(chociaż ja z braku wałka po prostu rozgniotłam, rozpłaszczyłam i ponaciągałam) na placek grubości około 1 cm. Z takiego placka wycinamy szklanką krążki. I znów trzeba dać im trochę czasu – niech podrosną. A jak podrosną, to wrzucamy na gorący olej. Smażyć trzeba z obu stron, aż zrobią się brązowiutkie. Obtaczamy w cukrze pudrze, albo w czym tam kto lubi. I zajadamy.

Smacznego.

 

Zacznę od albumu. Oto o kolejne odsłony. Strony czwarta i piąta, czyli Cienie w Zamku Anioła i Baba z Siatką zagubiona w Otchłaniach Sztuki (tj. Muzemu Watykańskie).

 

 

 

A tak poza tym to nic się ne dzieje. Praca do drzwi nie puka. Ani mi ani Marcinowi. Ale wszystko ma sie zmienić podobno. Wyśniło mi się dzisiaj w nocy za kogoś mordowałam tłukąc głową o piec kaflowy. No i sprawdziłam w przepastnych odmętach internetowych senników – czyjaś krzywda ma mi coś dobrego przyneść. Może pracę;) 

 

Aha. I żeby było jasne – ja nikomu krzywdy wyrządać nie zamierzam. 

No i w końcu udało mi się skończyć album wakacyjny. Robiłam go od przyjazdu z wakacji, czyli od września. No cóż, lepiej późno niż wcale, prawda?:)

 

Na początek okładka i strony druga i trzecia. Wiem, wiem, jakos tak nie pokolei, ale właśnie uświadomiłam sobie, że nie obfotografowałam pierwszej strony, a teraz to nie zdążę. 

Okładka

 

Razem

 

 

I oddzielnie.

 

Album nie jest jednolity. Co więcje, tworzy pewnie razem jeden wielki bałagan, ale co tam. To moje wakacje i mój bałagan. 

W każdym razie, okładka i dwie zaprezentowane tutej strony są najzwyczajniej w świecie pomalowane akwarelami. Na stronie trzeciej dodatkowo – metalowa(chyba) siatka (mesh) z Tesco. Była w promocji:)

 

.. na szczęście już się skończyły. Miejmy nadzieję, że ze sklepów czym prędzej poznikają czerwono-różowo-serduszkowo-kwiatkowe-misiowe wystawy oraz specjalne oferty na czekoladki i pluszowe misie z serduszkiem w dłoni. Pewnie zaraz zastąpią je jajka i króliczki, ale cóż – widocznie sklepy nie znoszą pustki. 

W każdym razie, pomimo że Walentynek nie obchodzę, jakoś w tym roku naszło mnie na serduszkowy akcent. Wczoraj pół dnia spędziłam w kuchni, wałkując i zawijając ciasto. Była to moja pierwsza próba jeśli chodzi o ciasto francuskie. I z całą stanowczością muszę stwierdzić, iż moje przekonanie o trudności wykonania ciasta francuskiego okazało się całkowicie błędne. Ciasto francuskie jest proste. Tylko praco- i czasochłonne. Ale jak to mówią, raz się żyje. 

Efekt możecie ocenić sami. 

 

 

 

Teraz tylko pytanie – kto to wszystko zje? Bo jak powszechnie wiadomo, ja od piątego roku życia jestem na ścisłej diecie(która swoją drogą wcale nie przeszkodziła mi wczoraj we wchłonięciu kilku(nastu) sztuk), a Marcinowi jakoś nigdy nie po drodze do talerza. Hm. Może zacznę mu rozstawiać po całym domu talerzyki z ciastkami? Tylko wtedy skończy się pewnie na tym, że mi się zrobi szkoda tych samotnych i niechcianych ciasteczek i sama je przygarnę. No nic. Jakoś to będzie. 

A może ktoś ma ochotę na kawę i ciastko?

A tu przepis:

Składniki:

100 ml wody

pół łyżeczki soli

pół łyżeczki cukru

200 g mąki

250 g masła(ja z racji tego, że irlandzkie masło jest solone nie dodałam już soli)

Wodę podgrzałam trochę, rozpuściłam w niej cukier(powinno się też rozpuścić sól), 40 g masła rozpuściłam w mikrofali, i to wszystko wymieszałam z mąką. Zagniotłam ciasto i do lodówki na co najmniej godzinę. 

Resztę masła(w temperaturze pokojowej), trzeba owinąć w dwa kawałki foli, rozwałkować i też na godzinę do lodówki. 

Po godzinie trzeba rozwałkować ciasto na sporej wielkości prostką(mój miał jakieś pół centymetra grubości). Teraz na środku kładziemy wcześniej rozwałkowane masło i owijamy je szczelnie ciastem, tak żeby masło nigdzie nie wystawało. I wałkujemy. Wałkujemy na prostokąt. Po rozwałkowaniu składamy ten prostokąt na trzy, tzn. odmierzamy gdzie jest mniej więcej jedna trzecia długości ciasta z lewej strony, i w tym miejscu składamy ciasto do środka, po prawej stronie powinno nam zostać tyle samo ciasta, więc to ciasto też zakładamy do środka. I takie origami znów wkładamy na godzinkę do lodówki. Po godzinie wyjmujemy i znów pod wałek. Znowu trzeba zrobić z ciasta prostokąt i zawinąć jak poprzednio. I do lodówki na godzinę. I tak 5-6 razy, wałkowanie – lodówka, wałkowanie – lodówka… Pamiętać tylko trzeba, żeby ciasto wałkować w jednym kierunku, a nie na wszystkie możliwe strony. Po ostatnim rozwałkowaniu wycinamy pożądane kształty, posypujemy wszystko cukrem i do piekarnika na 15 minut w 200 stopniach.

I to tyle. Prawda że proste?:)

 

Takiej zimy jak ta to Dublin nie wiedział chyba od dawna. Kierowcy przeklinają, dzieci szaleją ze szczęścia. Z resztą nie tylko dzieci, bo dzisiaj widziałam jak ochroniarze lepili bałwana pod jednym ze sklepów. I to nie jakąś tam miniatrurkę, tylko porządnego bałwana. Do tej pory już pewnie stopniał, bo koło południa zaczął padać deszcz, a teraz wyszło słoneczko, ale rano był bałwan jak się patrzy. Aż żałowałam, że nie wziełam aparatu. 

 

Swoją drogą, ani śnieg, ani zimno nie są w stanie skłonić irlandek do okutania się w czapki, szaliki i futra. Co rano wiedzę jak dziewczyny zasówają do szkoły w samych  mundurkach, bez kurtek nawet, o czapkach nie wspominając. A ja na rowerze okutana, bo na termomentrze „minus jeden”. Naprawde nieliczne zakładają futra. Ale jak juz założą, to co najwyżej futerka, takie kończące się pod samym biustem, i to koniecznie na jakiś cienki podkoszulek, żeby się nie przegrzać. I o kozakach już wtedy mowy byś nie może, muszą być pantofelki na szpilce i to na gołą stopę. I tak myk, myk po śniego. I w tej sytuacji, tak samo jak z bałwanem, żałowałam że aparat został w domu.

Nowy wygląd i nowa notatka. Nad wyglądem jescze pracyje. Nie jest to wynik ostateczny, więc proszę się nie przejmować niedociągnięciami. 

Nowych rzeczy na razie do pokazania nie mam. Próbuje skończyć album z rzymskich wakacji. I musze przyznac, że w ciągu ostatniego tygodnia prace znacznie się posunęły, ale w dalszym ciągu mam jeszcze dużo do zrobienia. Tylo biorąc pod uwagę, że zaczęłam go robić we wrześniu, myślę że pora by było go skończyć. I zaraz się zabieram do pracy.

Ale najpierw: 

a) okazuje się, że pracę mam zapewnioną tylko do końca lutego b) wysyłam CV-ki bez większego rezultatu c) Marcin leży chory w łóżku d) na dworze w dalszym ciągu zima i o ile perspektywa śniegu wydaje się calkiem miła, o tyle m inusowe temperatury na dworze w znaczący sposób obniżają, i tak już niską, temperature w mieszkaniu e) pospół mi się rower, Marcin sam go nie naprawi, jeździć się prawie nie da, naprawiać go gdzies w serwisie się nie opłaca, bo pewnie policzą sobie więcej niż ten rower jest warty(100 euro w sklepie z zabawkami), nowego kupować w tym momencie nie ma sensu, bo nie wiadomo gdzie znajdę kolejną pracę, tak więc zostają mi w perspektywie dojazdy autobusem

 

A tak poza ty – to wszystko w porządku:)

 

 

A teraz coś jeszcze sprzed świat:

Kapciuszki i kocyk dla Olutka. 

 

 

 

Takiego sniegu to jeszcze w Dublinie nie widzialam. Jak sie obudzilam, za oknem byl juz snieg. I od tamtej pory caly czas pada. Z jednej strony fajnie, z drugiej, zaraz trzeba bedzie na rowerek i w ta sniezyce. Na szczescei mam dwie kurtki i dwie pary rekawiczek, bo jak zobaczylam rano co sie dzieje to spanikowalam normalnie. Balam sie ze zamarzne albo cos;) Chyba troche poddalam sie irlandzkiej panice. Wystarczy im odrobina sniegu i juz dzieciaki szaleja, a dorosli sie martwia. W drodze do pracy prawie oberwalam sniezka, a w pracy od samego rana telefony, czy aby dostawy sie nie opoznia „snow wisely”.
Nawet ja przeprowadzialm prywatne sledztwo no swoj wlasny uzytek. Jednak kierowcy wychowani na polskich zimach, mowia ze zasypanie nam nie grozi, a Irlandczycy po prostu sieja panike:)

Pora sie przebierac i w sniezyce!

A tu dowód rzeczowy. 


  • RSS