mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

Nieublagalnie zbliza sie Halloween. Tutaj chyba swietowane bardziej niz Sylwester. Beda strzelac petardy i takie tam. Jednak do Halloween jeszcze pewnie ze trzy tygodnie, a tu juz od polowy pazdziernika wystawy w sklepach strasza paszczami z dyni i czarownicami na miotlach. W Tesco o czywiscie juz halloweenowy zestaw promocji. Maski, kosciotrupy, figurki, lakocie i … dynia.

W zwiazku z dynia pozwolilam sobie na maly eksperyment kulinarny, ktorym sie teraz podziele, bo wyszlo nawet smaczne jedzonko:)

Skladniki(na jakies 4 porcje):
            Mala dynia
            4 – 5 jablek
            jajko
            3 kopiaste lyzki maki
            pol lyzeczki proszku do pieczenia
            250 g makaronu(grubego)
            cukier, cynamon, galka muszkatalowa

Gotujemy dynie z jablkiem az bedzie miekka. Porzadnie rozdrabniamy(Ja uzylam malaksera). Studzimy troche, tak zeby sie nam jajko nie scielo przy wbijaniu. W miedzy czasie gotujemy makaron(nie rozgotowujemy). Wbijamy jajko, wsypujemy make, proszek do pieczenia i przyprawy. Smarujemy forme zaroodporne naczynie tluszczem, na dno wykladamy makaron, zalewamy masa dyniowo- jablkowa i myk do piekarnika na jakies 20-25 minut(200 stopni). I juz. Gotowe.

Zdjec nie mam bo wszytsko zjedlismy:)

W poniedzialek byla zlota irlandzka jesien. Wczoraj padalo, zmoklam. Dzisiaj znowu ladna pogoda.

Wszyscy sie smieja z wyspairzy, ze tylko o pogodzie moga mowic. Ale jak sie ma taka pogode jak tu, to na inne tematy na prawde(naprawde?) nie ma miejsca.

P.S. Troche nowych zdjec jest na
http://www.flickr.com/photos/ola_i_marcin
 , ale faktycznie mnie tam malo, bo ja akurat na tej imprezie za fotografa robilam:)

Wczoraj  zdarzyla sie w Dublinie rzecz niezwykla – zaswiecilo slonce. I swiecilo caly dzien, bez kropelki deszczu. Z tego to powodu zrezygnowalismy z naszych niedzielnych planow. Zamiast pojsc do fitness clubu postanowilismy zrobic sobie spacer po parku. Po drodze sie zgubilismy, bo mi sie koscioly pomieszaly, ale mysle ze bylo warto. Spacer po Phoenix Parku okazal sie calkiem dobrym pomyslem. Spotkalismy nawet jelonka, ktorego obfice sfotografowalismy.

Do tego postanowilam nazbierac sobie kasztanow, skoro juz jest jesien i takie tam… Niestety okazalo sie, ze to wcale nie takie proste. Niby kasztanowcow w Parku duzo, ale kasztany doszczetnie wyzbierane. Zeby cos wyniesc ze spaceru musialam prawie bic sie z dziecmi pod tymi drzewami. Ale sie udalo. Moze zrobie jakiegos ludzika:)

 

Przy okazji wpisu, kilka rzeczy na ktore ostatnio zwrocilam uwage:

1) W Irlandii nie mowi sie juz „years old”(jak na przyklad w zdaniu „She is 25 years old”). Jest to politycznie nie poprawne. Teraz mowi sie „She is 25 years of age” ;)

2) Z irlandzkich zwyczajow kulinarnych:
 - na TAK: sposob zaparzania kawy rozpuszczalnej z mlekiem. Tutaj zalewa sie najpierw kawe mlekiem, porzadnie miesza, a dopiero potem dolewa sie wrzatek. Ja zostalam zarazona takim sposobem i raczej nie wroce do poprzedniego(tj. lania najpierw wrzatku a dopiero pozniej mleka). Taka kawa wychodzi bardziej… hmm… mieciutka? nie, kremowa! Tak, kremowa to dobre slowo!

- na NIE: zalewanie zupki chinskiej zimna wodo i wstawianie jej do mikrofalowki – Nie probowalam, moim zdaniem – BEZSENS.

Pozdrawiam

Wyscigi

Brak komentarzy

Pomijamy na razie Rzym, bo jakos nie mam weny:)
Dzisiaj o troszke o firmowej imprezie – mojej firmowej imprezie - sprzed dwoch tygodni. 
Otóz pierwszy raz w swoim krotkim zyciu bylam na wyscigach psow. Co wiecej – pierwszy raz w zyciu uprawilam hazard. Moj pierwszy zaklad kosztowal mnie 2 euro. Niestety ”szczescie poczatkujacego” nie zadzialalo. Wygralismy dopiero jak marcin wybral pieska. 
Ale po kolei…
Wyscigow bylo chyba 11. W kazdym bieglo 5 czy 6 pieskow, kazdy mial inny kolorek ubranka, zeby bylo wiadomo na ktorego sie postawilo. Na pytanie „jak obstawiac?” - dostalismy odpowiedz ”Stawiac na tego pieska, ktory ma najladniejsze imie”. Tak wiec caly ten hazard to kwestia gustu:)
Obstawialismy wiec lande imiona. Troche nam sie poszczescilo – wygralismy 8 euro. (O tym, ze na zaklady wydalismy 14, nie bede wspominac). Do tego dolozyc trzeba pyszny obiad z trzech dan i otwarty bar przez wieksza czesc imprezy – razem wyszla naprawde ciekawa impreza. Wesolo bylo.
Z tej wesolosci do domu wracalismy na piechote. A to byl wlasciwie drugi koniec Dublina. W zalozeniu mielismy dojsc do centrum, coby sie przewietrzyc, i stamtad wziasc taksowke. Ale w centrum zachcialo nam sie siku wiec przemykalismy bocznymi uliczkami, zeby znalesc jakies zaciszne miejsce. I tak szlismy i szlismy, az w koncu nie oplacalo sie juz w zasadzie brac taksowki, wiec doszlismy(ja na obcasach).

Zdjec jeszcze nie ma, bo jakos ostatnio mamy problemy z podlaczeniem aparatu do laptopka.


  • RSS