mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Ostatni weekend w Dublinie zdominowały
przedstawienia uliczne. Park Merrion Square i otaczające go ulice na
moment zamieniły się w jedno wielkie przedstawienie. Rozgrywał się
tu bowiem Międzynarodowy Turniej Przedstawień Ulicznych.

Zjechali
się więc aktorzy z całego świata.

Było przedstawienie rozgrywane wokół
wielkiej świni.

Był pan żonglujący niebezpiecznymi przedmiotami(dwa wielkie noże i pochodnia)
na dwumetrowym jednokołowym rowerku. Pan ogólnie przejawiał zamiłowanie do przedmiotów ostrych. Do tego stopnia, że brak żelaza w diecie wyrównywał połykaniem mieczy.

Byli brytyjscy dżentelmeni w
majtkach.

Wszystkiego nie zdążyliśmy obejrzeć,
bo żeby zobaczyć wszystko to chyba trzeba by było w tym parku spędzić cały weekend. Ale tego co,
zobaczyliśmy wystarczyło do spędzenia miłego popołudnia.

Mi osobiście najbardziej podobała się
pani podająca się za Rosjankę.

Metr czterdzieści wzrostu(i to w tym kapeluszu), ale
udało jej się sterroryzować wszystkich panów na widowni.
Kilku zmusiła do do założenia wielkich czarnych majtek i wypchania
ich sobie papierową torebką.

W takim stroju panowie pląsali w rytm
muzyki, od czasu do czasu zakręcając nawet hoola-hopem. Weszła im na
głowy. I to dosłownie.

Nawet Marcinowi się dostało za
robienie zdjęć.

Hej. Schowaj ten aparat! Nie jest to
pozycja, w której wyglądam najlepiej!

Traktat Lizboński

Od kilku tygodni w Irlandii rozgrywa się spektakl pod tytułem – Lisbon Treaty. Wszystko dlatego, że już wkrótce Irlandczykom przyjdzie zadecydować, czy przyjąć nowe oblicze Unii czy też nie.

Rozgrywki idą pełną parą. Z jednej strony rząd z nowym premierem, który za punkt honoru wyznaczył sobie przekonać Irlandczyków do przyjęcia traktatu, z drugiej opozycja, która w traktacie upatruje przyczyn wszelkiego zła, łącznie z kokluszem.

Walka rozgrywa się na całego na ulicach Dublina, wskutek czego na każdym kroku można dostać ulotkę, tłumaczącą dlaczego Unia będzie lepsza, lub też odwrotnie – dlaczego po przyjęciu traktatu gospodarka irlandzka upadnie z wielkim hukiem. 
Wszędzie pełno też plakatów. W centrum co jakiś czas odbywają się różnego rodzaju pikiety. Wczoraj na ten przykład, pod głównym budynkiem Poczty rozstawili się przeciwnicy traktatu, a po przeciwnej stronie ulicy „Irish Youth For Lisbon”. 

W jednym z centrum handlowych ustawiona jest nawet maszyna, przy pomocy której można wyrazić swoje zdanie na temat traktatu.

Dzisiaj (12/06/2008) stosunkiem głosów 7000 do 3000, przeważają ci, którzy są na nie. W czasie, kiedy robiłam to zdjęcie, swoje głosy oddały trzy osoby, i wszystkie trzy zagłosowały na NIE.

Z tego co można zauważyć na plakatach, i w tym co mówią tu ludzie wynika ,że Irlandczycy najbardziej boją się obniżenia płac, podwyższenia podatków i prywatyzacji szkół i służby zdrowia. Wiele haseł nawiązuje też do podobieństw między Unią a Stanami: „The United States of Europe – No thanks.” Albo to tutaj.

Z drugiej strony rząd przekonuje „Good for Ireland. Good for Europe” i zachęca „Let’s Europe works better”. 

Ale w dalszym ciągu Irlandczycy, mimo przedsięwziętej przez rząd akcji – „Lisbon Treaty – get the full picture,” tak naprawdę  niewiele wiedzą o traktacie. Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością, ale z rozmów, w których brałam udział wynikałoby, że częściej tak naprawdę, przeciwnicy traktatu wiedzą więcej niż ci, którzy w referendum chcą zagłosować na tak. Często głównym powodem dla „TAK”, jest jak to powiedział, trochę w formie żartu, jeden Dublińczyk – „Bo odmówić byłoby niegrzecznie”.

A tu jeszcze plakat w języku autochtonów:

Ponieważ od napisania tego tekstu, do zamieszczenia go, minęło trochę czasu, teraz mogę już oficjalnie napisać, że Irlandia nie ratyfikowała traktatu.

DART, którego nie było.
W niedziele rano, jak przed każdą wycieczką, sprawdziliśmy rozkład DARTa i zgodnie z zamieszczonymi w Internecie informacjami udaliśmy się na stację. Przyjechał pociąg, wszystko jak zwykle, tylko że… pociąg się nie zatrzymał. Następny miał być dopiero za godzinę, a że i tak musielibyśmy się przesiąść na Connolly Station, zdecydowaliśmy się iść na autobus i w ten sposób dotrzeć co stacji. Marcin znalazł skrót wzdłuż kanału. Miła cicha droga, z jednej strony trawa, z drugiej – kaczki. Skrót nam się ułożył tak, że zamiast na autobus, doszliśmy do samej Connolly Station.

Po drodze wstąpiliśmy na pizzę i zjedliśmy ją sobie na świeżym powietrzu, pod samym Croke Park. Co prawda dzięki temu do Bray dojechaliśmy z co najmniej dwugodzinnym opóźnieniem, ale sama droga była bardzo przyjemna.

W Bray byliśmy koło godziny trzeciej. Pogoda dopisywała, chociaż momentami wiało dość silnie. Rozejrzeliśmy się do o koła, znaleźliśmy jakiś plan miasta i udaliśmy się w kierunku morza. Przy morzu pełno ludzi. I jak się okazało, w Bray, poza morzem jest też całkiem wysoka górka – Bray Head(241 m n.p.m). Poszliśmy więc na górę, a co nam szkodzi.

Droga na sam szczyt, ukoronowany krzyżem, wiodła w zasadzie dookoła góry. Szło się prawie po płaskim. Widoki co prawd piękne, bo z jednej strony morze, z drugiej – góry, ale ile można iść. Poza tym ludzi a ludzi na tej drodze, a dróżka wąska, mijać się trzeba, przeciskać. Przeszliśmy więc na drugą stronę góry, a potem skrótem – do góry. Tam już było całkiem milusio. Z ludzi, to spotkaliśmy tylko jedną panią z pieskiem. Do tego momentami było dość stromo, więc w zasadzie można uznać, że to była prawdziwa wspinaczka. Znaleźliśmy nawet bardzo przyjemne skałki na skonsumowanie resztek z zestawu pizzowego. Taki pikniczek.
Później było już tylko z górki. Jak doszliśmy na dół, mieliśmy problemy z chodzeniem po płaskim. Na prawdę.


A wracając przez promenadę, trochę mi odbiło i jeszcze wlazłam do wody. Nawet nie była zimna.

Potem już tylko do domku. Zmęczeni, ale opaleni. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu. Na prawdę, w Irlandii można się opalić. Dzisiaj mi schodzi skóra.


  • RSS