mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Z braku poważniejszych wycieczek dzisiaj kilka słów o modzie.
Ważnym elementem dublińskich ulic są bose stopy. Kiedy my, nie tutejsi, zakładamy kurtki i szaliki, dublińczycy zasuwają w tenisówkach na bose stopy, albo i w klapeczkach. Drugim, skrajnie różnym od klapek, rozwiązaniem są tzw. ‚boots’, skórzane(skórzano-podonne) kozaczki z misiem w środku. Wyglądają tak jakby były zaprojektowane specjalnie do obrządzania, szczególnie na powykręcanych i pościeranych podeszwach. A oto i przykład:

Kolejna rzecz, dres w Irlandii nie jest w żaden sposób kojarzony z dresiarstwem. W dresach tutaj chodzą wszyscy i wszędzie.

Trzecia rzecz: kolczyki i tatuaże. Bardzo dużo ludzi, niezależnie od płci i wieku, nosi kolczyki. Żeńska część populacji, bardzo często więcej niż jeden na ucho. Kolczyki noszone przez panów i panie są bardzo podobne. Powiedziałabym nawet, że nie ma różnicy.
Pełno też osób z tatuażami. Najczęstsze motywy to oczywiście krzyże celtyckie, ale też różnego rodzaju napisy typu „Wiara”, „Nadzieja” czy „Siła”.

I ku posdsumowaniu. Widok może dziwny, ale wcale tu nie rzadki:

Na zakończenie jeszcze 2 zdjęcia mniejszości narodowych, którymi przepełnione są dublińskie ulice. Pierwsze pani, najprawdopodobniej jakiegoś indyjskiego pochodzenia.

I drugie, wbrew pozorom nie Cyganki. Ta pani jest Travelerką. Jest to tutejsza mniejszość, która zgodnie z nazwą, nie ma stałego miejsca zamieszkania i podróżuje sobie z miejsca na miejsce. Mają swój język i bogaty folklor, który jest, z tego co wiem bardzo podobny do cygańskiego. Ostro jednak sprzeciwiają się poglądowi jakoby mieli z Cyganami coś wspólnego.

Co prawda wycieczka przygotowana na szybko, ale bardzo udana. W piątek postanowiliśmy pojechać za miasto, w sobotę padło na tamte(południe) strony, jako że jeszcze się tam nie zapuszczaliśmy za bardzo, a w niedziele z rana wsiedliśmy w DARTa, z nadzieją, że przez 9 minut uda nam się wysiąść na Connolly Station, dobiec do kasy i z powrotem wsiąść do pociągu. I udało się.
Pogoda w niedziele rano nie zapowiadała się najciekawiej. Co prawda nie było bardzo zimno, ale mokro, wietrznie i pochmurnie. Na stacji w Killiney powitała nas nawet gęsta mgła.

Ale nic to. Jak się już przyjechało to szkoda od razu wracać. Przy wyjściu ze stacji udało nam się znaleźć jakąś mapę okolicy i poszliśmy zobaczyć tutejszy kościół. A czemu by nie. Po drodze znaleźliśmy, hmm, chyba ścieżkę zdrowia. Tak przynajmniej wyglądało z rysunku, bo podpis był jedynie po irlandzku.
No więc, ścieżką zdrowia do góry, doszliśmy do kościoła, po drodze nawet zahaczając ruiny jakiegoś klasztoru sprzed wieków. Niestety wejść się nie dało, bo ogrodzony murem i zamknięty na kłódkę z łańcuchem.

Poszliśmy więc dalej. Dotarliśmy do kościoła. Kościół jak większość tutaj, grube mury z białego piaskowca, gotycki (raczej neogotycki, ale pewna nie jestem, historyk sztuki ze mnie marny), w wyrazie celtycki. Nie umiem tego określić, ale te wszystkie kościoły tutaj przywołują na myśl „celtyckość”. Przynajmniej na moją myśl.(Z jakiegoś powodu, zdjęć kościoła brak)
Udało nam się znaleźć sklepik w którym dostaliśmy kawę na wynos. W zamiarze mieliśmy ją wypić na plaży. Niestety, po drodze trochę się zgubiliśmy i poszukiwania plaży zajęły na tyle długo, że zdążyliśmy wszystko wypić po drodze.
Usprawiedliwiając się trochę, wspomnę, iż z braku mapy chodziliśmy na czuja. Koniec końców okazał się nasz czuj dość dokładny. Oczywiście w połączeniu z wiedzą tubylców. Bo Irlandczyka wystarczy zapytać raz i chętnie tłumaczy drogę na najbliższe pięć kilometrów, czasem nawet podwiezie(ale akurat nie na tej wycieczce).
Znaleźliśmy więc plażę, i miłe miejsce na klifie, gdzie można było zjeść drugie śniadanie, wcześniej przygotowane przezornie w domu.

A w międzyczasie się wypogodziło. Pozdejmowaliśmy więc kurtki i płaszcze i poszliśmy(tzn. Marcin poszedł) sprawdzić temperaturę wody. Zimna.

Plaża nie bardzo może nadaje się na wylegiwanie na kocyku, bo składa się głównie z kamieni, ale posiedzieć można bez problemu.

A kamienie też mają swój urok, myśmy nawet wśród nich znaleźli sobie świecznik.

Przy plaży znaleźliśmy też łazienkę. Taka łazienka na wycieczce to jednak ważna sprawa.
Znaleźliśmy też wąski tunelik, który zaprowadził nas w górę, po zboczu Killiney Hill.

Szczyt Killiney Hill jest na wysokości 170 m n.p.m. A na szczycie jest biały, nazwijmy to obelisk. Taki biały domek, do którego nie da się wejść i który niczemu nie służy.
Za to widok rozpościera się stamtąd naprawdę przyjemny. Z jednej strony morze. Z drugiej góry.

A do tego, porastające cały szczyt żółte kwiatki roztaczają dość intensywny, słodki zapach, który mi osobiście kojarzy się z tofi.

Ale co to za roślinki – do tej pory nie wiem. Wokół obelisku rozciąga się piękny park, miejscami wyglądający bardziej jak las.

Zanim dotarliśmy na sam szczyt, zdążyliśmy już zdjąć kolejną warstwę ubrań. Prawdę mówiąc, idąc na górę miało się wrażenie, że to już nie Irlandia. Tylko … Grecja albo Hiszpania. Widok na piękne niebieskie morze, dookoła zielono, kwiaty, palmy… Niektóre domy były chyba nawet trochę stylizowane w klimacie śródziemnomorskim. Inne przypominały raczej średniowieczne zamki. Ale nic dziwnego, podobno wiele sław ma tu swoje letnie rezydencje. Nie tylko Bono(który tu jest wszędzie), ale też Enya a nawet Mel Gibson i Tom Cruise przyjeżdżają tu na wakacje.

I jeszcze widoki



Mała uwaga – jak ktoś się wybiera w góry, niech bierze wodę, myśmy zapomnieli.
Z Killiney, z pomocą tubylców udało nam się dojść do kolejnej miejscowości – Dalkey. Dużo tu nie zobaczyliśmy. Nie jestem nawet pewna czy doszliśmy do centrum wioski, bo jak już mówiłam podróżowaliśmy bez mapy. Na pewno byliśmy w porcie.

Z portu, jak się okazało nie daleko już było do ostatecznego, w pierwotnym założeniu, końca wycieczki – Sandycove. Zanim tam doszliśmy zrobiliśmy się już naprawdę głodni, bo kanapki skończyły się już na klifie. Szliśmy więc z nadzieją, że może uda się znaleźć jakiś bar czy pizzerię. W Sandycove znaleźliśmy pub, ale niestety potykacz poinformował nas, że lunche wydają tam tylko od poniedziałku do piątku. A to było niedziela. Na szczęście zaraz po drugiej stronie ulicy był SPAR, a tam – kanapki. Jak się nie ma co się lubi, to kanapki też są niezłe.
Posiliwszy się trochę, i zorientowawszy się mniej więcej gdzie jesteśmy i gdzie jest stacja DARTa, poszliśmy w stronę morza. Posiedzieliśmy trochę na betonowym murku, wygrzewając się w słońcu i pora było wracać.

Po drodze okazało się, że w pobliskim parku jest jakaś impreza, taka trochę odpustowa: stragany z koralikami i orientalnym jedzeniem, pełno zapachów… Myśmy się skusili na paczkę herbaty z mango i kubek herbaty z mlekiem i przyprawami. To była moja pierwsza herbata z mlekiem i muszę przyznać, że … mi smakowała. Naprawdę. Trochę przypominała kakao i pachniała cynamonem. Do tej pory nie sądziłam, że herbata z mlekiem może być dobra. No cóż, człowiek uczy się przez całe życie.
Poza herbatą i straganami, zaraz przy wejściu do parku umiejscowiła się tutejsza grupa śpiewająca. Dużo ludzi z różnymi instrumentami i piosenkami, z których co chwila przebijało się „Alleluja”. Trochę postaliśmy, pobujaliśmy się, rzuciliśmy coś do koszyczka i poszliśmy na pociąg.

I to by był koniec.


  • RSS