mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008


Dublinia to wystawa poświęcona realiom średniowiecznego Dublina.

Na pierwszym piętrze można posłuchać języków, którymi mówiły średniowieczne dublińskie ulice, dowiedzieć się skąd pochodzi nazwa miasta oraz przejść się po średniowiecznym targu.
A jak wiadomo na targu dzieje się wiele. Z jednej strony ryczy na nas niedźwiedź, z drugiej można wyleczyć bolące zęby i uszy, z przodu powąchać przypraw sprowadzanych z dalekiego Orientu, a w międzyczasie średniowieczny skryba przygotuje nam pamiątkowy dokument.
Sposób na ból zębów(z tego co słychać tu o irlandzkich dentystach, nie taki znowu średniowieczny)

                      Sposób na ból zębów, z tego co można tu usłyszeć o irlandzkich dentystach, wcale nie taki średniowieczny.

A kawałek dalej można sobie porzucać piłkami w nos pana zakutego w dyby za jakieś matactwa z chlebem. Jak uda się trafić, pan posłusznie przyznaje się do winy. Niestety nie do końca zrozumieliśmy co mówi.

Centrum drugiego piętra wyznacza spora makieta Dublina w oszklonej gablocie. Jak się wciśnie odpowiedni przycisk to pani miłym głosem opowiada dość dokładnie o różnych częściach miasta w tamtym okresie.
Można też wleźć z butami do kuchni przeciętnego kupca, pograć z dziećmi w coś dziwnego i przejść się po porcie przypatrując się robotnikom.

Jest też muzeum skomponowane z tego, co udało się wykopać w okolicach Fishamble Street. Wykopki na dużą skalę miały miejsce w latach siedemdziesiątych, kiedy to postanowiono na Starym Mieście postawić wielki betonowy kloc, czyli Civic Offices. Przy budowie okazało się, że jest tam sporo pozostałości po Wikingach, więc nie można było postawić budynku dopóki wszystko nie zostało wykopane. To co wykopano to głównie resztki garnków, ozdób, zwierząt domowych(z ciekawostek, podobno w tamtych czasach koty były wykorzystywane jako materiał na futra.), jest też szkielet jakiejś pani, która musiała być bardzo niska, bo moje pierwsze wrażenie podpowiadało mi że to szkielet dziecka, ale z tabliczki wynikało jasno, że pani miała 40-60 lat, była też rekonstrukcja twarzy, z której wybitnie wynikało, że pani nie była dzieckiem. W części „Muzeum” niestety nie można było robić zdjęć.

                                Betonowy klocek, czyli Civic Offices(szyby były brudne, na co fotograf wpływu nie miał)

Ostatnie piętro poświęcono Wikingom. Można się tam dowiedzieć jak wyglądały ich statki, co nosiły panie Wikingowe(hmm… to chyba nie jest dobra forma), etc. Można się też poczuć jak zakuty w żelazo wikingowy(Tak, wiem, to też nie jest dobra forma.) niewolnik.

I to właściwie byłby koniec wycieczki. Można jeszcze, korytarzem przechodzącym ponad Winetavern Street, przejść do Kościoła Chrystusowego(Christ Church Catedral). Kościół Chrystusowy, to jedna z dwóch dublińskich katedr. Najśmieszniejsze jest to, że w stolicy kraju tak katolickiego jak Irlandia nie ma żadnej katedry katolickiej. Obie, Kościół Chrystusowy i katedra Świętego Patryka, od czasów Reformacji podlegają Kościołowi Irlandii(irlandzka wersja kościoła anglikańskiego).
Za zwiedzanie Kościoła Chrystusowego pobierana jest opłata, więc tym razem odpuściliśmy sobie tą przyjemność. Może kiedy indziej.


                           Widok na przejście pomiędzy Dublinią a Kościołem Chrystusowym(od środka)

                          Widok na przejście pomiędzy Dublinią a Kościołem Chrystusowym(od strony kościoła)

                                 Widok na przejście pomiędzy Dublinią a Kościołem Chrystusowym(od strony ulicy)

                                          A tu jeszcze widok na Kościół chrystusowy od tyłu(a czemu by nie?)

2. Zaraz za Dablinią usytuowane są dwa kościoły św. Ąudeona. Katolicki jest młodszy, pochodzi z połowy XIX wieku. Odprawia się tu msze po angielsku, ale też po polsku(w niedziele i dzień powszedni). Drugi, należący do Kościoła Irlandii, zbudowany przez Normanów w XII wieku, najprawdopodobniej stanął na ruinach jeszcze starszego Kościoła św. Kolumbana, jednego z patronów Irlandii. Protestancka wersja ma bardzo ładny ogród gdzie można trochę odpocząć. Niestety do samego kościoła nie udało nam się wejść, bo był zamknięty na wielką kłódkę.


                                     Widok na kościół w wersji protestanckiej.

3. Poza stałymi częściami Starego Miasta, wycieczkę uprzyjemniło nam kilka ruchomych elementów ruchu ulicznego. I nie mówię  tu o jakichś dziwnych samochodach, którym Marcin z zapałem robił zdjęcia. Raczej chodzi mi o autobus pełen panów ubranych w jednakowe meksykańskie ubranka w kolorowe paski i  słomkowe kapelusze, o kurczaku spacerującym po ulicy, którego pochodzenia nie udało nam się ustalić, chociaż próbowaliśmy go śledzić oraz o statku pełnym Wikingów, który przejeżdżał sobie bez pardonu po  Winetavern Street. Statek jest częścią wycieczki połączonej z wodowaniem statku(
http://www.vikingsplash.ie/polishversion.php
), na którą my się raczej nie zdecydujemy, ze względu na cenę.

                                                                        Panowie turyści…

                                                                            Kurczak

                                                                         Wikingowie

4. Znaleźliśmy też mały ryneczek, na którym można kupić praktycznie same ręcznie robione przedmioty: biżuterię, czapki, ubrania, obrazy i figurki. I to nie koniecznie drogo. Tylko niestety, teraz nie pamiętam dokładnie gdzie to było. W każdym razie -  na którejś z tych uliczek, które odchodzą od Dame Street w kierunku Liffey.

                                                      Oto i ta uliczka. A na niej – JA.

Wycieczkę zakończyliśmy tradycyjnie, po dublińsku, Guinessem w jednym z pubów na Temple Bar.

                                                                O tak:)

Jakoże musiałam dzisiaj iść do banku, miałam zamiar napisać o kolejkach. Ale  zmieniłam zdanie jadąc autobusem do domu. 
Zamiast kolejek przytoczę(mniej więcej) rozmowę zasłyszaną w autobusie

Na przeciw siebie siedziały 3 odoby. Z jednej strony pan(pan A), na oko sześćdziesięcioletni, w jasnych spodniach, jasnym płaszczu, niebieskiej bludzie, beżowym szaliku(który dla mnie wyglądał na damski) i skarpetkach w koloże szalika. Po drugiej stronie siedział inny starszy pan(pan B), też na oko koło szećdziesiątki, może więcej, w ciemnym płaszczu – dla odmiany. A obok pani z siwymi włosami, mniej więcej w tym samym wieku. 
Pan A wstał, podszedł do pana B i nachylając się konspiracyjnie wyszeptał:
- Byłem wczoraj w pubie X. Za szklankę Guinessa zapłacilem 4,40 euro – pokiwał głową i zrobiłą minę sugerującą, ż eto niesłychana okazja. – Niesamowite.
- Tak, tak – pokiwał głową pan B. – Ale w pubie Y kosztuje tylko 4,10…
- Na Finglas, w pubie Z – 3,60 – przerwałam mu starsza pani.
- Naprawdę? – niedowierzał pan A. – Że tez oni jeszcze na tym zarabiają…

Rozmowa toczyła się dalej, ale już na inny temat.
A przytaczam ją tutaj, bo w Polsce takie coś byłoby śmieszne. Wyobraźcie sobie troje dziadków w autobusie, rozmawiających o cenach piwa w barze. Studentów to bez problemu. Ale emerytów..? W Polsce emeryci niechodzą do barów. Myślicie, że powinni?

Dla odmiany, dzisiaj postanowiłam napisać recenzję książki.

„Dziewięciu książąt Amberu” Roger Zelazny

Książka, którą kupiłam na życzenie Adasia i właściwie dla niego -  właśnie pokazała mi ostatnią stronę.
Opowieść oparta na motywie dwóch współistniejących świató: Świata Cieni* i Świata Realnego**. Co ciekawe, to nie nasz świat okazuje się tym prawdziwym.
Historia zaczyna się w jednym z nowojorskich szpitali, kiedy Corwin budzi się ze śpiączki. Nie wie gdzie jest, nie wie kim jest, nie ma zielonego pojęcia czemu tu jest. Wie jednak, że powinien jak najszybciej znaleść się całkiem gdzie idziej, bo zostanie w szpitalu nie jest dla niego bezpieczne. Ucieka więc, a po drodze udaje mu się trafić na ślad jednej z jego sióstr. Rozmowa z nią powoli, krok po kroku, przypomina mu fragmenty przeszłości. Wie, że nie może się przyznać do tego, że stracił pamięć, więc stara się dowiedzieć jak najwięcej mówiąc jak najmniej. W ten sposób czytelnik, razem z bohaterem zostaje wprowadzony do całkiem innego świata. Muszę przyznać, że sposób dość ciekawy, choć pełen nieścisłości, bo jakimś dziwnym sposobem Corwin pamięta zasady rządzące naszym światem, natomiast nie potrafi sobie przypomnieć Amberu. Drugą, dla mnie trochę irytującą cechą, jeśli w ogóle można to nazwac cechą, jest to, że autor , w tych początkowych rozmowach, za bardzo stara się, żeby czytelnik zrozumiał co się dzieje.  Powtarza się i trochę na siłę tłumaczy kolejne następstwa przyczynowo-skutkowe.
Przez fabułę prowadzi nas właśnie Corwin, opowiada co się z nim działo, jak doszło do tego, że znalazł się w lochu, głęboko pod Amberem. Narracja w większej części jest ciekawa, chociaż moim zdaniem nie sprawdziła się na wojnie. Wszystkie opisywane bitwy wydają mi się zbyt zdawkowe, przeleciane po łebkach, zupełnie tak jak Gombrowicz na lekcjach pani J. Myślę, że to skutk tej pierwszoosobowej narracji. Chociaż być może efekt zamierzony… Ale chyba jednak nie.
Podsumowując, ksiązkę czytało mi się dość przyjemnie, szybka lektura (190 stron) i pewnie jakbym miała kolejną część, nie miałabym żadnych oporów żeby ją przeczytać. Natomiast z całą pewnością nie śpieszy mi się po nią do księgarni.


* Czytałam po angielsku, więc tłumaczenie jest własne i może się różnić od  książkowego.
** Co ciekawe, to nie nasz świat okazuje się tym prawdziwym.

Zdmuchnęło gdzieś wiosnę po drodze i zapewne powirowała spowrotem, tam skąd przyszła.
Dzisiaj do pracy dotarłam więc jako bałwanek, od czubków butów po czubek czapki obsypana śniegiem. Padało przez całą drogę. I to jak. Dobrze, że tu kaloryfery jeszcze grzeją, to mam na czym się suszyć:)

To będzie krótka notatka, bo chciałam tylko zwrócić uwagę, że dodałam 3 linki w prawym górnym rogu. I tam też zapraszam:)

Powoli, malutkimi kroczkami, z dalekiej krainy, idzie wiosna do Irlandii. Tak sobie tupta, w jednej ręcę niosąc małe pudełeczko ze słoneczkiem, w drugiej – mały termometrzyk wskazujący już ponad 10 stopni. Tylko niestety musi je bardzo mocno trzymać i iść powoli, bo idzie pod wiatr. Przynajmniej przez większą część drogi.
A Irlandzki wiatr jest istotą niezwykle przebiegłą i wredną zarazem. I nawet nie chodzi mi o to, że w którą stronę by się nie szło, to zawsze wieje w oczy. I nawet nie o to, że jadąc rowerem z górki, często mam wrażenie, że wjeżdżam pod wielką górę, właśnie dlatego, że zawsze wieje w oczy. Nie. Dzisiaj opowiem całkiem inną historię.
Jakieś dwa dni temu wracałam sobie spokojnie rowerkiem, aż tu z nienacka rower stanął mi w miejscu. Tylko siłą woli zmusiłam się do dalszego pedałowania. Niestety, wiele nie dawało. Kierownica latała mi na prawo i lewo, z trudem kręciłam pedałami a rower nie miał najmniejszej ochoty poruszać się do przodu. Przejechanie 5 mentrów, które dzieliły mnie od zakrętu zajęło mi pewnie więcej niż 2 minuty.
Za zakrętem sytuacja zmieniła się diametralnie. Zaczeła się jazda z górki. Dostałam wiatr w plecy(jeden jedyny raz, jak do tej pory) i teraz dla odmiany pedałować nie musiałam wcale, tylko pędziłam(prawie jak wiatr;). Zdawałoby się, przejadę cały Ballymun w mgnieniu oka.
Nie ma tak łatwo. Wiatr, okazuje się, tylko na chwilę chciał uśpić moją czujność. Zaraz zaczął dąć z boku, prawie spychając mnie pod koła samochodów. Opierałam się jednak dzielnie, więc po chwili znów zmienił taktykę. Teraz wiał już całkiem w twarz, znowu prawie uniemożliwiając jazdę. I tak już zostało do nastęnego zakrętu.
W ramach ciekawostki dodam, że wszystko działo się na prostej drodze, cały czas w jednym kierunku, w dół, z górki.

Zrozumieć drogi irlandzkiego wiatru - to dopiero wyzwanie.


  • RSS