mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Kupiłam rower w końcu. To znaczy, konkretnie kupił mi go Marcin i przyjechał na nim z miasta.
Rower najtańszy, tańszego chyba już nie sposób byłoby tu kupić. Ale to dobrze, bo przynajmniej nie muszę się martwić jak go zostawiam na dworze:) Ale niestety trochę ciężko się jeździ. Chociaż może to dla tego, że całą drogę mam albo pod górkę, albo pod wiatr, albo pod górkę i pod wiatr, a do tego z deszczem.
Byłam już nim w pracy trzy razy. W piątek i w sobotę deszcz mnie złapał jak jechałam do pracy. Wczoraj była taka śliczna pogoda jak jechałam, tak się cieszyłam, że mi się w końcu udało dojechać na sucho. Niestety radość moja skończyła się koło godziny dziewiątej, jak się rozpadało na dobre. I to porządnie. Nawet zagrzmiało raz, na co Irlandczycy zareagowali jak na straszny sztorm, burzę i błyskawice. Wygląda na to, że burz to oni tu za często nie mają:)
Od dziewiątej cały czas miałam nadzieję, że jednak przestanie padać. Niestety nie przestało. Ale deszcz nie deszcz, a do domu trzeba jakoś wrócić, prawda? Do samego deszczu dołożyli mi się jeszcze kierowcy, którzy jakoś bardzo się nie przejmowali moim położeniem, wszakże ich dupska były wygodnie rozsadzone na miękich siedzeniach i na głowy im nie padało, czemu więc mieliby się przejmować jakąś zmokniętą dziewczynką na tanim rowerku. Jechali więc jak najbliżej krawężnika, jak tylko się dało i po najgłębszych kałużach. Co chwila wiadro wody lądowało na mnie, na roweże i wszędzie w około. Po trzecim takim prysznicu stwierdziłam, że bardziej morka być nie mogę i przestalam się przejmować czymkolwiek. Już ani sam deszcz, ani kałuże(nie mam jeszcze błotników) nie były mi straszne. Wróciłam cała mokra. Teraz tylko się zastanawiam jak tu wysuszyć to wszystko.

Mimo ciężkich warunków pogodowych nie mam zamiaru zarzucać mojego środka transportu. Nawet biorąc pod uwagę to, że cały czas moknę, tyłek boli od siodełka, wieje w twarz i cały czas trzeba pewałowa, i tak wolę rower niż Dublinbusy. Już nawet pomijając to, że oszczędzam przynajmniej połowę czasu i dużo pieniędzy. Poprostu z rowerem przynajmniej wiem, że większość zależy ode mnie, jak wyjadę 10 minut wcześniej to raczej na pewno będę 10 minut wcześniej. A z Dublinubsami to jest tak, że można wyjść i godzinę wcześniej i mimo wszystko się spóźnić. A i zmoknąć można jak się stoi pół godziny na przystanku;)

Wyjątkowo w tym temacie postaram się dzisiaj nie denerwować.
Z braku Dublinbusów o tak wczesnej porze(siedzę w pracy już od siódmej:( ) zostałam zmuszona do szukania alternatywnego sposobu na dotarcie do pracy. Porzyczyłam rower. Rezultay są bardziej niż zadowalające: dojazd zajął mi trochę ponad pół godzinki.
Dla porównania: autobusem, zależnie od pory zajmuje to od 40 minut do półtorej godziny(rekord to 36 minut, ale udało się tylko raz jak wracałom po jedenastej).
Co mam, ja Polka, do zarzucenia Dublinbusom:
1) Tutejsze autobusy są po praostu straszne. Tak na prawdę chyba nikt, łącznie z Irlandyczykami, nie ma pojęcia na jakiej zasadzie one jeżdżą. Pomijam sprawę korków, bo wiadomo w dużym mieście są korki. I nie pomaga tu to, że teoretyczne autobusy mają oddzielny pas ruchu. Wszystkie taksówki i tak są na tym samym pasie.
2) Co więcej, rozkład jazdy też nie jest normalny. Podane są tylko godziny wyjazdu autobusów z zajezdni i teoretycznie ile powinno autobusowi zająć dojechanie z miejsca A do miejsca B a potem do miejsca C. Czasem do D. [gdzie A, B, C, D główne punkty na trasie Dublinbusa]. Czyli musisz wiedzieć gdzie jesteś i jak daleko od ciebie jest zajezdnia. 
3) I nie ma tak, że wszystkie autobusty stają na tym samym przystanku. To że przystanek jest na trasie Dublinbusa nie jest równoznacze z tym, że dublinbus się na nim zatrzyma.  Teoretycznie powinno być na pisane na każdym przystanku co z niego odjeżdża. Teoretycznie, bo w praktyce to czasami nie ma nic, czasami są nie wszystkie.
4) Jak się jeździ po mniej głównych drogach to przystanki zazwyczaj w ogóle nie są opisane – stoi tylko taki słup z niebieskim znaczkiem Dublinbusa – bądź mądry i zgadnij co i o której z niego odjeżdża.
5) Dalej – nie ma tak, że autobus zatrzymuje się na każdym przystnku. Autobus trzeba zatrzymać. Trzeba mu pomachać, wtedy staje. Albo nie. Bo jak na przykład kierowca stwierdzi, że mu się nie podobasz, albo że jest za dużo ludzi, to się nie zatrzyma. I co mu zrobisz?
Jak się jest już w autobusie, sprawa jest prostsza, wystarczy nacisnąć przycisk i kierowca staje.
6) Historia 17A, czyli jak jeździ mój autobus. Mój autobus wyjeżdża z zajezdni jakieś 200 m przed moim przystankiem, normalnie dotarcie na mój przystanek zajmuje mu maksymalnie 2 minuty. Ale jakimś cudem, średnio 2 razy w tygodniu te 200 metrów przejeżdża w 15 albo i 20 minut. Jakim sposobem? Ja nie mam pojęcia.
7) Historia, która nie była moim udziałem(na szczęście), ale słyszałam ją już z dwóch różnych źródeł więc się czasem zdarza: Kierowca potrafi stanąć w czasie jazdy, powiedzieć że właśnie ma 15 minut przerwy i wszyscy grzecznie siedzą i czekają w autobusie aż przerwa się skończy, dopiero wtedy Dublinbus rusza w dalszą drogę.
8) Bilety – są dwa rodzaje biletów – jednorazowe i więcej niż jednorazowe(tych jest więcej ale nie będe tu się rozwodzić). Bilety niejednorazowe kupuje się w różnego rodzaju kioskach i kasuje przy wejściu do autobusu, a wchodzi się jednymi drzwiami, żeby kierowca widział kto ma bilet, a kto nie. Bilety jednorazowe kupuje się u kierowcy. I tylko u kierocy, co zasadniczo opóźnia całą podróż, bo trzeba czekać aż wszyscy kupią. Żeby kupić bilet trzeba mieć monety. Za banknoty biletów jednorazowych nie sprzedają. Najlepiej mieć wyliczone, ale jak się nie ma wyliczone to kierowca drukuje resztę. Tzn. drukuje tak jakby drugi bilet, na którym jest napisane ile reszty powinieneś dostać. I z tym bilecikiem trzeba zajść później do centrum miasta, do głónej siedziby Dublinbusów i tam oddają ci pieniążki.Wesoła procedurka.
9) Jak wychodzisz z autobusu, musisz grzecznie podziękować kierowcy, że najpierw zatrzymał autobus, żebyś mógł wsiąść, potem zatrzymał go żebyś mógł wysiąść, a w międzyczasie dowiózł cię bezpiebcznie na miejsce.

Do zalet tutejszej komunikcaji miejskiej zaliczyć można jedynie fakt, że kierowca tak na prawdę zawsze pomoże ci znaleźć miejsce, podpowie w jaki autobus powinieneś wsiąść i w jakim miejscu wysiąść. Widziałam nawet sytuację, w której kierowca zatrzymał Dublinbusa na ptrzystanku, wyszedł ze swojej kabinki, podszedł do jednego z pasarzerów i przypomniał mu, że tu właśnie ma wysiąść. W Polsce raczej nie do pomyśłenia.
W ramach ciekawostek dodam, że
a) autobusy są głównie piętrowe, zazwyczaj żółto-niebieskie.
b) autobusy, jak reszta pojazdów – jeżdżą po lewej stronie.
c) autobusy często prowadzą panie kierowcy, kierownice, kierowniczki… kobiety, jakkolwiek by się to nie odmieniało:)

P.S. Cieszę się niezwykle ze wszytskich komentarzy i miło mi, że ktoś mnie czyta:)

Przypadkiem znalazłam niedawno  ten artykuł  a w nim Stanikomanię i po przeczytaniu kilku stron doszłam do wniosku, że pora zrobić drobny remanent w szufladzie z bielizną. Wybrałam się więc na zakupy. Za stanikiem.
I muszę przyznać, że Irlandia to, w przeciwieństwie do Polski, kraj przyjazny dużym biustom:)
Pierwszy sklep do jakiego trafiłam i od razu udany zakup.
W Polsce, żeby kupić stanik w rozmiarze 80D to trzeba sie na prawdę dobrze nabiegać. A znalezienie ładnego stanika w takim rozmiarze to już w ogóle… często okazuje się niemożliwe. Nie wspominam już o rozmiarach większych jak, E czy F czy co tam jeszcze dalej jest. Bo podobno każda Polka ma 75B. A póżniej to już tylko „babcine namioty”.
A tutaj wchodzę do sklepu, przeglądam setki biustonoszy, praktycznie przy każdym pełan gama rozmiarów(no może nie pełana, ale tak do E-F to bezproblemowo) i właściwie mam wrażenie, że to moje D to taki sobie – średni rozmiarek.
To muszę zaliczyć stanowczo na plus Zielonej Wyspie.
A stanik, który wybrałam wygląda tak:

A co do kina.
Wybraliśmy się wczoraj na Juno. Na prawdę polecam, chociaż trochę babski taki i nie wszystkim musi sie spodobać. Mi się podobał. Marcin mówi, że jemu też. Do tego świetna muzyka, taka pozytywna – poważnie zastanawiam się nad soundtrackiem.
Kino duże, sal w kinie dużo i ludzi też dużo. Stałam w kolejce pewnie z 10 minut.
Chyba naprawdę tu ludzie do kina chodzą.

W pracy nie jest źle. Mało telefonów. Już mniej więcej wiem co robię, przynajmniej w 90% przypadków.
Rozumiem co mówią, nie powiem, że na 100% bo czasem się trafi jakiś stary dziadek zaciągający szkockim albo walijskim akcenetem i nie mam zielonego pojęcia o co mu chodzi. Ale to tylko czasami.
I tyle w pracy. Więcej nic się nie dzieje.


Dawno nie pisałam, ale jakoś nie było o czym.
Później się rozchorowałam i pisanie było ostatnią rzeczą jaka mi przyszła do głowy.
Siedziałam i smarkałam mając nadzieję, że nikt do mnie tu nie będzie dzwonił i co chwila kichając do słuchawki.
Leczyłam się już na wszystkie sposoby, nawet na sposób irlandzki z przepisu Kelvina – whiskey wymieszać z wrzątkiem w proporcji jeden do jednego, dodać 2 łyżeczki cukru i 2 goździki. Obrzydliwe jeśli mam być szczera, ale czygo sie nie robi dla zdrowia. Niestety moje poświęcenie nieprzyniosło pożądanych rezultatów. Nie polecam irlanckiego wariantu.
Zdecydowanie bardziej skuteczny okazał się sposób polski – kilka kieliszków lodowatej Wyborowej w dobrym towarzystwie – już prawie nie kicham:)
Dzisiaj Świętego Patryka, święto państwowe w Zielonym Kraju. Niestety nie dla wszystkich. Ja na ten przykład pracuję. I to od siódmej rano, co, biorąc pod uwagę, że z okazjii święta autobusy jeżdżą jak w niedzielę, zmusiło mnie do zamówienia taksówki. Taksówkarz utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że punktualność i irlandzki nie są w najmniejszym stopniu spokrewnione. Zamówiłam taksówkę na 6:30 juz wczoraj, żeby przypadkiem się nie spóźnić. Szczęściem policzyłam trochę zapasu, który miał być przeznaczony na zrobienie kawy. Punktualnie 6:30 stałam pod bramą, 6:35 zadzwoniłam, żeby się upewnić, że na pewno wysłai tą taksówkę. 6:40 zadzwonił do mnie sam taksówkarz i ze szczególnie wyraźnym irlandzkim akcentem oznajmił, że będzie za minutkę. 6:46 – w końcu przyjechał. W pracy byłam 6:57. Zapłaciłam mniej więcej tyle ile czekałam – 16 euro. Nie wiem, czy na dłuższą metę jest to jakaś zależnoć;)


  • RSS