mojepoddasze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Jak nie było pracy to nie było a jak się znalazła to dwie do wyboru. Obie od poniedziałku:) Tak więc mam do wyboru „call center” ICT, czyli przekonywanie ludzi przez telefon, że jakiś kolejny szmelc jest im koniecznie potrzebny, za 9,5 euro za godzinę z prowizją od sprzedarzy  i „customer service” w Stream International, czyli rozwiązywanie cudych problemów przez telefon, tez za 9,5 Euro za godzinę + premia. Chociaż prawdopodobnie pierwsza obcja byłaby bardziej opłacalna(+ dodatkowy plus za  otoczenie, bardzo malowniczy biznes park nad samą wodą) to chyba jednak zdecyduję się na opcję drugą. Jakoś nie mam przekonania do wciskania ludziom rzeczy przez telefon. Może dlatego, że nie lubię jak mi się coś wciska i mam pewne obawy, że klijenci mogą być znacznie bardziej nieprzyjemni.
Czeka mnie więc trzytygodniowe szkolenie. Mam się stawić w poniedziałek na 9:30.
A skoro znalazłam już pracę to w końcu mogę się trochę poobijać. Dzisiaj wstała prawie o 11ej. Zrobiłam swoją serię „brzuszków”, zjadłam śniadanie i wróciłam do łóżka, gdzie siedzę do tej pory(jest 13:30), ale już chyba będę wstawać(siku mi się chce).
Nie żebym siedziała tu tak całkiem z lenistwa. Można powiedzieć, że to tak trochę w ramach oszczędności – jak leżę pod kołdrą to nie muszę dogrzewać pokoju:) 
Skoro już skończyłam ostatnią część Mrocznej Wierzy(a skończyłam wczoraj) wzięłam się trochę za studiowanie przewodnika po Dublinie. Skutek tego taki – doszłam do wniosku, że w końcu pora się wybrać do jakiegoś pubu. Jesteśmy tu już 3 miesiące a jeszcze jakoś się nie złożyło. Może uda się w ten weekend.

Dzisiaj chyba mam dobry dzień. W końcu zadzwonili do mnie i od poniedziałku zaczynam szkolenie w ICT, praca przez telefon ale dokładnie nie jestem pewna na czym polega, ale to nie ważne.
Poza tym byłam na kolejnym interview. Chyba całkiem nieźle mi poszło. Tu przynajmniej nie skończyło się na pytaniu o to czy mam doświadczenie. Musialam napisać jakiegoś przykładowego maila i udawać przez telefon, że rozmawiam z jakimś klientem.
Spóźniłam się 20 minut, bo pojechałam nie tym autobusem co trzeba, ale dzięki temu mogłam się kolejny raz przekonać, że Irlandczycy to naprawdę bardzo pomocny naród:)
Jak się tak błąkalam po pustych uliczkach Santry powoli tracąc nadzieję, że uda mi się znaleźć Woodford Buisness Park zobaczyłam panią, która właśnie wsiadała do samochodu. Udało mi się ją złapać no i pytam czy ma jakiś pomysł gdzie to może być. Nie bardzo miała, więc co zrobiła? Powiedziała „Przepraszam, ale nie mogę pani pomóc”? Nie. Wyszła z samochodu, zaprosila mnie do domu, zadzwoniła do firmy w której byłam umówiona na rozmowę, dowiedziala się gdzie to jest, podwiozła mnie pół drogi i wytłumaczyła dokładnie którędy iść. Byłam w szoku normalnie.
A jak już wracałam to jeszcze na dokładkę w autobusie pani powiedziała, że mam „gorgeous” torebkę. Absolutnie się z nią zgadzam:)

I internet znowu mamy, bo rano nie było.
Same dobre wiadomości. Oby tak dalej:)

I jeszcze raz głupota. Poszłam na interview dzisiaj. Zmarnowałam godzinę na dojazd, czekałam 15 minut bo mój interviewer się spóźnił. Poszłam za nim do jakiejś piwnicy. Kazał mi usiąść. Spytał skąd jestem i czy pracowałam wcześniej w promocji. To mu mówię, że w Irlandii pracowałam tylko jako sprzedawczyni w Penisie.
- To w takim razie muszę pani podziękować.
No to po kiego grzyba mnie zapraszali na to głupie interview? Przecież tyle to miał napisane w moim CV. Ciekawe czy w ogóle je przeczytał.
Głupota poprostu. Zmarnowałam 2 i pół godziny. Bez sensu.

Rolki

Brak komentarzy

W ramach prezentu urodzinowego(trochę na wyrost, bo urodziny mam dopiero w lutym) dostałam od Marcina rolki. Dwie pary od razu – jedna dla mnie, druga dla niego:) Wczoraj odbył się pierwszy test:)
Największy problem mieliśmy z dojściem najpierw do parku(bo pod górkę), potem do domu(bo z górki;). Ale jeździło się fajnie. Zmachaliśmy się trochę. W ogóle to śliczna pogoda była, słoneczko świeciło, prawie nie było wiatru i 10 stopni. Żeby każda styczniowa niedziela w Irlandii była taka:)
Ze względu na to, że z rolkami do tej pory oboje nie mieliśmy bardzo doczynienia, były obawy iż cała wyprawa może się zakończyć jakimś nieszczęściem. Na szczęście, poza kilkoma niegroźnymi(choć chwilami spektakularnymi) upadkami i obtartymi nogami(to ja) większych strat w ludziach nie było.
Tylko jakiś pan, tublec, patrząc jak mozolnie nam idzie zjeżdżanie z górki, próbował nam wmówić, że na rolki w Irlandii potrzebne jest prawo jazdy:)

Wczoraj byłam na 4 rozmowach o pracę w trzech całkiem innych lokalizacjach. Jak wyjechałam o ósmej z domu to wróciłam dopiero po piątej. I tak nie wiem jakim cudem mi się udało dotrzeć w te wszystkie miejsca. Dobrze, że wzięłam buty na zmianę, bo byłaby masakra.
Teraz tylko czekać na to czy oddzwonią.
Dalej jestem chora. Wczorajsze szwędanie się niezbyt mi pomogło. Szczególnie, że na koniec zaczęło już padać.
Leżę sobie więc w łóżku  i dalej rozsyłam cefałki. Zmieniłam tylko adres e-mail, bo z tą tlenową skrzynką mam straszne kłopoty tu. Bardzo często się zdarza, że nie dochodzą na nią maile. I tak na przykład wczoraj zadzwoniła do mnie pani, żeby mnie zaprosić na sobotę na interwiv. Jakoże właśnie szłam ulicą nie bardzo miałam na czym i czym zapisać adres albo chociaż firmę, a za dużo tych cefałek wysyłam, żeby wszystkie pamiętać. Do tego bateria mi padała w telefonie i bałam się, że za chwilę się całkiem rozłączę, więc nie bardzo mogłam się rozgadywać. Poprosiłam więc o wysłanie mi e-maila z wszystkimi danymi. No i niestey nie przyszedł. A że pani dzwonila z zastrzeżonego numeru, nie mogę oddzwonić i sie dopytać, tak jak to do tej pory robiłam w takich przypadkach. I okazja przepadła.
Teraz założyłam sobię skrzynkę na google, mam nadzieję, że będzie lepiej.

Zaczęli dzwonić. Na jutro mam umówione już 3 rozmowy o pracę. Może w końcu wyjdę z domu:)
Aż z tego wszystkiego upiekłam ciasto. Tzn. pieczkę. Mam nadzieję, że wyjdzie. Bo to kolejny eksperyment. Tym razem z pomarańczy. Jak wyjdzie – dam przepis. Jak nie – będę udawać, że nic nie robiłam.
Mam nadzieję, że nie umrę do jutra, bo katar daje mi się we znaki:(

Nuda

Brak komentarzy

Teraz dla odmiany moja kolej na chorowanie. Dopadł mnie bezczelny katar na jedną dziurkę. Od wczoraj non stop mam zatkany nos, ale tylko z lwej strony. A teraz zaczyna mnie jeszcze gardło drapać. Dobrze, że wczoraj dostaliśmy nową dostawę leków z Polski.
Tak więc dzisiaj od rana leżę w łóżku. W planach mam poleżeć gdzieś tak do trzeciej, bo w końcu muszę jednak zrobić obiad mężowi:)
Leżę tak sobie i leżę i rozsyłam CV gdzie popadnie. Niestety dalej nikt nie dzwoni.
Nuda.

Nie ma o czym pisać. Nic się nie dzieje. Moje dni składają się głownie z wysyłania CV, spaceru do Tesco(byle nie za często, bo przecież oszczędzamy), gotowania obiadu(co drugi dzień głównie) i szukania sobie zajęcie.
Chba dzieki temu skończę w końcu „Dark Tower” Kinga. Bo jakoś opornie mi szła do tej pory ta piąta część. Czytałam tak na siłę prawie, żeby w jednak skończyć historię, skoro już pięć opasłych tomów przeczytałam to teraz głupio rezygnować. Ale jakoś mnie nie wciąga akcja za bardzo. Teraz trochę po połowie. Ale to może właśnie dla tego, że do tej pory cztałam tak kawałkami, gdzieś w autobusie 10 minut, na przerwie pięć stron… Może przez to nie mogłam się wbić w klimat. w każdym razie mam juz teraz chyba tylko ze 200 stron do przeczytania. To już z górki.
Jakiegoś nowego autora, tak swoją drogą,  muszę znaleźć dla siebie. Coś ciekawego, innego, takiego, żebym nie mogła się oderwać. Jakieś pomysły?
Właściwie to o cieście miałam pisać. To znaczy z braku ciekawszych tematów. Ciasto wczoraj zrobiłam. Przepis z telewizora wzięłam i wyszło calkiem smaczne. Program się nazywal „Moje Greckie gotowanie” czy jakoś tak. Nawet nie pamiętam, ale zamieszczam przepis jakby ktoś chciał spróbować.

Greckie ciasto(ono ma jakąś nazwę po grecku ale niestety nie zapamiętałam):

Poncz:
Szklankę wody, pół szklanki cukru, trochę cynamonu, goździki, kilka kropel soku z cytryny – zagotować i trzymać na małym ogniu koło pięciu minut. Zdjąć.

Ciasto:
Z czterech jajek, oddzielić żółtka od bialek. Ubić żółtka z trzema łyżkami oleju, dodać pół szklanki cukru, sok z jednej pomarańczy(średniej wielkości), 3 łyżeczki cukru waniliowego, 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, niepełną szklankę mąki i ubite białka. Wymieszać. Wylać na blachę. Ułożyć na tym migdały. Piec dopóki sie nie zrumieni(ja trochę przypaliłam, taka ze mnie gospodyni;) Wyjąć z piekarnika i obficie polać przygotowanym wcześniej ponczem.

Smacznego:)

Dart

Brak komentarzy

Kolejne interview zaliczone, tym razem to prawie na końcu świata było. Wysiadłam z DARTA(tutejsza kolej) prawie w morze. Konkretnie to Dublin Bay. Firma na szczęście blizko od stacji. Prawdę powiedziawszy to nie bardzo liczę że mi się uda. Ale kto wie, obiecali zadzwonić w przyszłym tygodniu.
I okazało się, że nie taki Dart straszny jak by się wydawało. Ale fakt – poszłam na łatwiznę i do Centrum dojechałam autobusem(Boże co za korek, chyba z pół godziny to trwało). I potem na piechotkę kawałek, ale lało nieźle dzisiaj.
Kupiłam bilet dowiedziałam się z którego peronu. Nawet wysiadłam tam gdzie trzeba.
Gorzej było w drodze powrotnej bo nie miałam opracowanego planu. A nie bardzo były informacje na tych stacjach co gdzie jedzie i w ogóle kiedy. Były tylko tabliczki, że o tej i o tej odjeżdża pociąg w kierunku tym a tym. Ale co mi mówi jakieś Huwt czy inne muluhum(nazwy przypadkowe i niezgodne z rzeczywistością, bo juz teraz nie pamietam). Trzeba się było ludzi wypytywać a nie zawsze wiedzieli. Na jednej ze stacji to chyba z piętnaście minut chodziłam zanim spotkałam kogoś kto wiedział gdzie mam jechać.
A swoją drogą to nawet jak wysiadłam już na ostatniej stacji to i tak się zgubiłam, bo poszłam w całkiem inną stronę. Po jakichś pięciu minutach mnie coś tknęło żeby dla pewności sprawdzić zgodność z mapą, bo tak to bym szła i szła i szła aż z dugiej strony Dublina bym wyszła. A to na obcasach pokaźnych, żeby wyglądać „smart”, masakra. Jak już w końcu dotarłam do domu to myślałam, że nóg spowrotem nie zegnę. Chcesz być piękna, musisz cierpieć, jak głosi jedna z najgłupszych ludowych mądrości.

To teraz pora na plusy:)
Jak już pisałam, bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Korn. Tzn. do koncertu byłam jakoś tak na nie raczej. Ale jak ich pooglądałam to, no cóż. Nie można powiedzieć, że przeistoczyłam się w wielką fankę, ale przynajmniej jestem zainteresowana.
Duga rzecz – zainteresowała mnie też drugi support – Flyleaf. Z Teksu. Bardzo energiczy. Nie tylko w samej muzyce ale i w zachowaniu na scenie. Wokalistak(Tym razem nie było wątpliwości co do płci członków zespołu) to poprostu jak piłeczka skakała. Tylko kondycje podziwiać:) Zainteresowali mnie do tego stopnia, że już dzisiaj pół dnia słuchałam ich płyty. I muszę przyznać, że mi się podoba.
I to by było na tyle jeśli chodzi o koncert.

A tak poza tym to siedzę w domu i rozsyłam  CV-ki. Średnio około 20 dziennie. Telefon powinien mi się urywać, a tu nic. Nikt nie dzwoni. Może jeszcze zaczną. Nadzieja matką głupich, ja to mówia.. Póki co jeszcze jutro mam rozmowę. Tylko strasznie daleko. Praktycznie na drugim końcu Dublina. Teoretycznie DARTem(tutejsza kolej) powinno mi to zająć trochę ponad godzinę, ale nie wiem czy w ogóle będę umiala obsłużyć to tałatajstwo. Jeszcze do tej pory nie miała potrzeby tym jeździć. A tym razem to będzie z przesiadką. Oj, naprawdę mam poważne wątpliwości. To dziwny kraj i chyba wszystkiego można się tu spodziewać.

Dam znać czy mi się uda:)


  • RSS